piątek, 4 lipca 2014

Rozdział 37 (cz.2)

(moja perspektywa)
- Cześć Pierre. - mruknęłam.
- Witaj Pretty Kitty.
- Widzę, że poza Li przyprowadziłeś też mojego brata.
- Jakoś tak wyszło.
- To tego...
- Och daj spokój. - żachnął się po czym mnie przytulił. Pachniał  tak ładnie. Za ładnie. Dlaczego on musi pachnieć tak ładnie.
  Usłyszałam chrząknięcie. Jedno, a potem drugie. To wystarczyło, abym odsunęła się od Francuza na bezpieczną odległość.
  W drzwiach od kuchni stał mój chłopak z miną mordercy, szmatą na głowie i z złowieszczo włączającym się mikserem w ręce. Niecodzienny widok.
- Trzymaj się od niej z daleka jeśli lubisz swoją twarz. - syknął Harry po czym wcisnął mojemu bratu mikser do rąk i zdecydowanym krokiem ruszył w stronę Liama. No własnie Liam wyglądał trochę inczaczej. Zarósł się trochę, zniechlujniał i ogólnie wyglądał jakby coś go bolało. Powinnam go dobić już teraz. Ale Hazzie należy się trochę życiowej rozrywki.
  Kiedy już mój chłopak dotarł do Payne'a wymierzył mu w twarz ze szmaty, którą miał na głowie, a która zdjął przedtem z prędkością światła. Mój Boże. Jesteśmy porąbani.
  Payne spojrzał tylko na niego wzrokiem zranionej salamndry plamistej. Urocze porównanie nawiasem mówiąc.
- Do piwnicy kupo. Już. - warknął mój chłopak głosem nieznoszącym sprzeciwu (czytaj trochę histerycznym piskiem połączonym z jego zarąbistą chrypką). Liamek wiedząc, że zbrodnia jest zbrodnią i jeśli Styles nie zajmie się nim w piwnicy to ja zajmę się nim teraz powlókł się posłuszne w stronę drzwi prowadzących do czeluści Hadesu. Za nim zdecydowanym krokiem zmierzał Harry.
  Wyszło na to, że zostanę tu sama z Pierrem i moim bratem. Kto by się tego spodziewał.
Spojrzałam na blond osobnika z którym byłam spokrewniona spod przymrużonych oczu i prychnęłam. Ah te więzy krwi. Warte tyle co stringi na wyprzedaży.
- Też cię nie lubię Icy. - fuknął Mark. Icy. Tak do mnie mówił. Nadał mi to przezwisko kiedy razem w dzieciństwie oglądaliśmy ,,Klub Winx". Twierdzi, że jestem królową lodu. Mały Smarcik.
- Zaraza.
- Wiedźma.
- Niedorobione jajko.
- Czerwony skunks.
- Śmierdzisz.
- Wyglądasz jak kaszalot.
- Nawet nie wiesz co to kaszalot.
- I co z tego? To jakieś zwierzątko morsko-żyjne.
- ,,Morsko-żyjne"? - zapytałam z kpiną.
- Przynajmniej jestem kreatywny.
- A ja inteligentna.
- Nie był bym tego taki pewnie.
- Nie cierpię...
- Stop. - zarządził nagle Pierre podnosząc ręce w uspakajającym geście - Też mam siostrę i wiem ile mogą trwać takie kłótnię więc zamilknijmy i cieszmy się moim pobytem w deszczowej Anglii.
- Ty tak serio narcyzie? - spytałam.
- Tak. Zasadniczo gdyby nie moja życiowa pewność siebie i kapka samouwielbienia prawdopodobnie teraz siedziałbym w jakimś KFC na kasie i żył na łaskach Jennifer Hillson.
- Kto to do cholery jest Jeniffer Hillson?
- Naprawdę? Serio? Masz gdzieś McDonald i mój nieciekawy koniec, a interesuje cię kto to Jennifer Hillson? - podniósł brwi, a ja pokiwałam głową na ,,tak'' - Może kiedyś ci powiem.
  Mój brat się ulotnił. Zostałam sama z Lavelle. Powinnam czuć się niekomfortowo i dziwnie. Ale wcale się tak nie czułam. Chyba serio lubiłam Pierre'a nawet jeśli przedtem myślałam, że to graniczy z cudem.
  Za moimi plecami rozległo się ciche szuranie i za chwile moim oczom ukazała się opuchnięta i wyglądająca jak piżamowa księżniczka Carly. Fioletowa zmierzyła Pierre'a i mnie wzrokiem.
- Kto to? -spytała.
- To Pierre. Pierre to Carly. - przedstawiłam ich sobie.
- Miło poznać. - przywitał się mój przyjaciel wyciągając w stronę Carly rękę. Biprol utkwiła wzrok w jego ręce zastanawiając się chyba czy na pewno powinna to zrobić. Och rany miała go tylko uścisnąć za rękę!
- Carly on nie gryzie.
- Zamknij się Daisy. Przyprowadzasz mi do domu przystojnego faceta, a ja mam złamane serce i chce się zemścić. Obmyśliłam właśnie ciekawy plan. - powiedziała po czym na jej twarzy pojawił się diabelski uśmiech.
(jakiś czas później dalej z mojej perspektywy)
- Daisy?  - zapytał niepewni Harry wchodząc do pokoju.
- Nie. Ciasteczkowy potwór. - odpowiedziałam po czym wpakowałam sobie do buzi następną chrupkę.
- Długo tu tak leżysz i wpatrujesz się w sufit? - zadał kolejne pytanie podchodząc niepewnie do łóżka.
- Wystarczająco?
- Kochanie… - zamruczał kładąc się koło mnie i obejmując mnie lekko.
- Wszystko się zrąbało. - marudziłam przykładając poduszkę do twarzy. - Dzwoniłam do Elen i się do mnie nie odzywa, Louis wziął ślub, ty jesteś zazdrosny o Pierre’a, Liam od kilku godzin siedzi zamknięty w piwnicy i boi się wyjść bo na niego nakrzyczałeś, Carly chce udawać, że kręci z Pierre’em żeby wzbudzić zazdrość Liama, a Julia i Niall oświadczyli, że jadą sobie na wakacje! A co ja mam robić?! Umrę.
  Wiem, że dramatyzuje, ale lubię dramatyzować.
- Wszystko będzie okey. Zobaczysz. Zawsze jest. Pamiętaj, że zawsze kiedy ty robisz coś absolutnie głupiego to to zawsze się jakoś rozwiązuje. - zapewniał. Zdjęłam poduszkę z twarzy.
- To mnie kurde pocieszyłeś. - prychnęłam.
- Do usług. - mruknął rozbawiony.
  Chwilę leżeliśmy bez ruchu po prostu się w siebie wpatrując. Wiem, że to głupie stwierdzenie, ale lubię mojego chłopaka. Mimo tej zazdrości i wszystkich innych rzeczy.
Przewróciłam się na łóżku tak, że teraz leżałam na nim wbijając mu moje ręce w żebra. Dodatkowo stykaliśmy się nosami.
- Hazz…
- Hmm? - mruknął jawnie zadowolony z naszej aktualnej pozycji.
- Ale my nie zerwiemy, prawda? Nic się z nami nie stanie? Wiem, że jestem wkurzająca i irytująca, i często nie miła, i…
- Nie. - powiedział stanowczo.
- Co ,,nie”? - zapytałam.
- Nie zerwiemy. Będę o ciebie walczył choćbym musiał położyć kogoś na łopatki.
  Nie mogłam powstrzymać uśmiechu.
- Kocham cię Styles.
  Och matko. Takie słowa do facetów zawsze przychodziły mi z ogromnym trudem.
  Harry miał teraz na twarzy banan od ucha do ucha.
- Ja ciebie też Crimson. Ja ciebie też. - odpowiedział, a potem zaczął nucić - You and I We don’t wanna be like them We can make it ‘till the end nothing can come between You and I…
  I w tamtym momencie mnie pocałował. Po hazzowemu. Lubiłam być całowana po hazzowemu. Poprawiłam się na nim i przez pocałunek zaczęłam mu wbijać mój palec wskazujący w policzek bo cały czas się uśmiechał.
- Masz ADHD co? - zaśmiał się.
- Może. - też się zaśmiałam i kontynuowaliśmy pocałunek kiedy nagle…
- JESTEM! - wrzasnął ktoś kto wleciał do mojego pokoju prawie nie wyrywając drzwi z zawiasów.
  W tym momencie odskoczyłam od Harry’ego jak oparzona i spadłam na podłogę. Och mój biedny tyłek.
- Zły moment? To ja wrócę później! - cały czas krzyczał Louis i chciał już się jak najszybciej ewakuować z pokoju kiedy ocknęłam się i wydarła:
- LOUIS WILLIAM TOMLINSON! ZOSTAŃ TUTAJ!
  Podniosłam się na równe nogi i już zaczęłam zabijać wzrokiem tego palanta.
- Gdzie twoja żona? - zapytałam próbując chociaż na chwilę pohamować złość.
- Hej. Jestem Ellie. - powiedziała sympatycznie wyglądająca blondynka wychylając się zza Lou. Była bardzo ładna. I wydawała się sympatyczna. Czy to, że już zrobiła na mnie dobre wrażenie jest zdradą Elen?
- Hej. Ja jestem Daisy, a to jest Harry. - wskazałam na mojego chłopaka dalej rozpłaszczonego na łóżku z rumieńcem na twarzy - Zamierzam teraz wyżyć sie na Lou co może chwilę potrwać więc siadaj sobie. - powiedziałam do niej wskazując jej miejsce na brzegu łóżka.
  Blondynka grzecznie poczłapała do mojego łóżka i usiadła na nim niepewnie. W tym czasie ja znów skupiłam swoją uwagę na Tomlinsona skulonego gdzieś w drugim kącie pokoju.
- Możesz krzyczeć i mnie zwyzywać, ale proszę... nie bij. - zapiszczał. Pff faceci.
- CO TY SOBIE DO CHOLERY MYSLAŁEŚ CO?! ŻE JAK ELEN CIĘ ZOSTAWIŁA TO MOŻESZ SIĘ ŻENIĆ W VEGAS Z PIERWSZĄ LEPSZĄ ŁADN I SYMPATYCZNĄ KASJERKĄ?! NIEDOCZEKANIE! CZASEM TO SIĘ ZASTANAWIAM GDZIE TY ZGUBIŁEŚ SWÓJ MÓZG! MAM W DUPIE TO, ŻE EL NIGDY NIE WYBACZY CI ŻADNEJ Z RZECZY KTÓRE ZROBIŁEŚ! PIEPSZYĆ TO! ALE NOTA BENE TEŻ JESTEŚ MOIM PRZYJACIELEM?! TAK? TAK. MYŚLISZ, ŻE SIĘ O CIEBIE NIE MARTWIĘ?! CO TERAZ Z TWOJĄ RYPANA KARIERĄ?! MYŚLISZ, ŻE CAŁY ŚWIAT BĘDZIE SZCZĘŚLIWY, ŻE ICH IDOL JEST IDIOTĄ, KTÓRY NAJPIERW ROBI, A POTEM MYŚLI?! JA NIE BYŁABYM SZCZĘŚLIWA! DRUGA SPRAWA TO TO, ŻE PRZEZ CIEBIE TUCH UMAWIA SIĘ Z JAKIMŚ HIPISEM I CO NAJWAŻNIEJSZE NIE ODZYWA SIĘ DO MNIE! ONA ZAWSZE SIĘ DO MNIE ODZYWA! NIENAWIDZĘ BYĆ IGNOROWANA! MASZ TO WSZYSTKO NAPRAWIĆ! JAK NAJSZYBCIEJ!!! - mój ostatni krzyk przypominał bardziej histeryczny jazgot, który wydawałam tylko w alarmowych sytuacjach. Będąc szczerą trochę bolało mnie gardło, które z pewnością sobie zdarłam. Nienawidzę życia.
  W pewnej chwili zorientowałam się, że ktoś mnie przytula. I to nie byle kto tylko Ellie. A mi to absolutnie nie przeszkadzało. Tego właśnie potrzebowałam. Żeby ktoś mnie przytulił. Ja tez ją objęłam i schowałam głowę w jej ramieniu. To był jeden z tych uścisków, które można zaliczyć do tych kojących nerwy. Muszę tez powiedzieć, że zaczęłam się powoli uspokajać.
- Cokolwiek się nie dzieje wszystko będzie dobrze. - powiedziała blondynka pocieszającym głosem i wtedy już wiedziałam, że ona wie, że nie chodzi mi tylko o Lou. Ale dzięki jej słowom naprawdę zaczęłam wierzyć, że może być dobrze. Właśnie w tym momencie zrozumiałam dlaczego Tomlinsona pociągnęło właśnie do niej.
- To dziwny widok. Moja zdenerwowana przyjaciółka stojąca w objęciach mojej żony. Czy mogę wam zrobić zdjęcie? - ten uroczy moment jak zwykle musiał przerwać Louis.
  Kiedy już ja i Ellie się od siebie oderwałyśmy uśmiechnęłam się do niej i powiedziałam bezgłośne ,,dziękuję", a ona tylko pokiwała głową ze zrozumieniem.
- Jeszcze z tobą nie skończyłam. - syknęłam mrużąc oczy utkwione w niebieskookim palancie.
Drzwi od mojego pokoju po raz drugi tego dnia gwałtownie się otworzyły.
- Uratuj mnie. - wyjęczał zdyszany, zgięty na pół Pierre podtrzymujący się framugi drzwi.
(kilka godzin później)
- W co ja się wpakowałem?
- W gówno. - odpowiedziałam Francuzowi opartemu o moje ramię po czym znów pociągnęłam moją herbatę ze słomki.
- Co ja teraz zrobię? - zapiszczał znów.
- Gówno.
- Jeszcze nigdy nie miałem w życiu takiej sytuacji!
- Jeszcze nigdy nie wpakowałeś się w gówno? - zapytałam zdziwiona.
- Czy możesz przestać? To poważna sprawa! - zajęczał.
- No przecież wiem. Ale kiedy dzieje się coś złego dobrze jest się odstresować, a słowo gówno brzmi bardzo dobrze po angielsku.
  Dla ścisłości ja, Pierre, Harry, Louis i Ellie siedzieliśmy właśnie w McDonaldzie ciesząc się niezdrowym jedzeniem, a w moim przypadku herbatą w fajnym kubeczku ze słomką.
- Umrę... - marudził dalej Lavelle.
- Pierre... - zaczęłam. 
- Tak? - zapytał z nadzieją, że wymyśliłam plan jak wyjąć go z gówna.
- ...ciesz się swoim Happy Meal'em. - dokończyłam. W tym momencie chłopak zdjął swój łeb z mojego ramienia i walnął głową o stół.
- Czemu on dostał Happy Meal, a ja nie? - spytał z pretensją Tomlinson patrząc na mnie wzrokiem rozpieszczonego 5 latka.
- Bo ma ciężkie chwile. - powiedział Harry jawnie zadowolony z tego, że jego wróg ma kłopoty. Styles nie taki miły na jakiego wygląda.
- A ja mam... żonę! I nie dostałem Happy Meal'a! - dalej drążył Louis.
- Chcesz Happy Meal'a? - spytała rozdrażniona marudzeniem swojego... partnera Ellie.
- Tak kochanie. To to o czym marzę od kiedy tu wszedłem. - zaświergotał Lou.
- To idź i sobie kup. - wymamrotała wciskając mu w rękę swój portfel z Hello Kitty, kiedy uradowany Tommo ruszył po swój Happy Meal blondynka przeniosła swój wzrok na mnie - Daisy czy ty w ogóle coś jesz? - zapytała zmartwiona.
- Jedzenie jest dla słabych. - odparłam i znów pociągnęłam z mojej słomki. Ellie zawsze się martwiła. I była absolutnie urocza, ale nie we wkurzającym tego słowa znaczeniu. Jak miałam jej do cholery nie lubić skoro już ją polubiłam? Świat jest skomplikowany.
- Nawet mój Hamburger mnie nie cieszy. - zawył znów Pierre.
- Pierre słoneczko ty moje kochane... - zironizowałam - To po chuja pana się zgadzałeś udawać nowego adoratora Carly skoro teraz tak ubolewasz?
  Francuz przekręcił głowę tak żeby móc na mnie spojrzeć kątem oka.
- Bo tak. - jęknął. Dobra nie chcesz to nie mów.
- Ale ja naprawdę nie rozumiem tego jej planu... Masz udawać, że podoba ci się Carly żeby Liam był zazdrosny? - zapytał Harry, który jeszcze do końca nie ogarniał.
  Cóż to było życie Pierre'a i teoretycznie nie powinno mnie obchodzić co on z nim robi, ale tak serio to mnie obchodziło. A ja uważała, że ten cały plan to beznadziejny pomysł. Absolutnie beznadziejny. I jeśli wypali to Pierre'a nie będą już nienawidzili tylko Harry i Niall, ale jeszcze Liam. A jeśli troje moich przyjaciół będzie próbowało zniszczyć Pierre'a załamie się psychicznie i wykupię wszystkie pudełka lodów czekoladowych z Lidla, utyje, znów się załamie, wrócę do Polski i zamieszkam z mamą. Nie chce pracować w tym sklepu na rogu gdzie panie zajewaniają nawet w święta.
  Musze jednak przyznać, że męczy mnie to dlaczego Lavelle się zgodził. To dziwne, przecież on nie należy do tych ludzi, którzy robią coś dla kogoś tylko z dobrego serca, którego on w sumie raczej też nie miał. Czasem muszę sobie przypominać dlaczego go lubię.
- Siedziałem tam kilka godzin i słuchałem jak ta fioletowowłosa kobieta opowiada mi o tym co lubi, co lubi robić, jak JA mam się zachowywać, co mam zrobić żeby wzbudzić w jej chłopaku zazdrość i co zrobimy żeby Liamowi pękła żyłka. Ja jestem lekarzem... pęknięte żyłki to często bardzo poważne przypadki!
- Gówno. - powtórzyłam nie wiem, który raz w tym dniu.
- Ellie wyglądasz na dobra kobietę. - mruknął Pierre podnosząc się i wbijając wzrok w przerażona blondynkę - Pomóż mi przekonać Daisy żeby nam pomogła.
  Co za nieuczciwy cham!
- To nie fair! - oburzyłam się. 
- Ellie. - Lavelle znów spojrzał na nią tymi swoimi ślicznymi brązowymi oczami od których kobietą miękły nogi. A niech cię Pierre! Teraz Ellie wbiła we mnie swoje sarnie oczy. Czy ta kobieta naprawdę nie umie odmówić ludziom proszącym o pomoc?!
- Nie. - powiedziałam stanowczo próbując na nią nie patrzeć.
- Proszę. - błagał Pierre.
- On poprosił... - pisnęła Ellie świdrując mnie wzrokiem.
- Ja... - nie zdążyłam dokończyć bo do McDonalda wpadł właśnie zdyszany i zdenerwowany Zayn.    Wszyscy skierowaliśmy cała naszą uwagę na niego.Co on tutaj robi o 2 w nocy?
  Mulat podszedł do lady i stał tam dość długo, po czym z furą jedzenia podszedł do naszego stolika, rzucił na niego tackę, a sam rozwalił się na jednym z foteli i zaczął bezmyslnie mielić BicMac'a.
- Zayn? - spytałam niepewnie.
- Hmm? - mruknął dalej pogrążony we własnych rozmyśleniach.
- Co ty tutaj robisz?
- Wylewam smutki w śmieciowym żarciu?
- A dlaczego? - zadałam kolejne pytanie. Czułam sie jak stąpająca po polu minowym żyrafa od kiedy Zayn pokazał mi jak głośno umie krzyczeć przed wyjazdem po Emmę.
- A dlaczego nie?
- Zayn...
- Dobra. - powiedział nagle odkładając bułę na tackę - Chcesz wiedzieć? - zapytał patrząc na mnie, a ja niepewnie kiwnęłam głową i znów żeby się trochę odstresować napiłam się herbaty - Oświadczyłem sie Emmie, a ona powiedziała nie. - wysyczał i znów opadł na krzesło.
Wyplułam zawartość moich ust na spodnie Pierre'.
- TO SA CHYBA JAKIEŚ ŻARTY! - wydarłam się histerycznie.




*****



Przepraszam. Nawet nie wiecie jak bardzo. Nie zasługuje na was. I wiem, że miałam zrobic LA, ale jakos tak no wiecie są wakacje chciałam to szybko dodać, a teraz nie mam za bardzo czasu. Przepraszam jeszcze raz, że tak długo i jeszcze nic konkretnego, ale kompletnie nie mam weny. Mam nadzieje, że choc trochę wam się podoba. Całuję misie ♥ (możecie mnie znaleźć na asku i twitterze jesli ktos ma jakieś pytania)




Proszę o komy!









sobota, 26 kwietnia 2014

Rozdział 37 (cz.1)

(moja perspektywa)
- Czego. Nie. Zrozumiałeś. W. Słowach. ,,W GRANICACH PRZYZWOITOŚCI"?!
- Daisy, ale ja ci to wytłumaczę!
- Mam wiesz gdzie twoje nic nie warte tłumaczenie! Zabije cię...
- Ale ja nie chciałem!
Serio? Zaśmiałam się kpiąco.
- Czyli te modelki w samych stanikach i shortach zmusiły cię żebyś pozwolił im wysmarować swoją gołą klatę śmietaną, a potem w okrutny sposób skrępowały cię i wylizały? - zakpiłam. Nie będziesz mi tu wciskał kitów ty kupo.
- No niezupełnie, ale nie jest też tak jak myślisz... Poza tym Lotta...
- Skoro Lottcie to nie przeszkadza to się z nią ożeń. - przerwałam mu w pół zdania i się rozłączyłam. Idioci. Wszędzie. Carly jest teraz skrzywdzona, Lou nie wrócił do domu (obawiam się o to, że może być już martwy) i Harry właśnie w tej chwili prawdopodobnie siedzi sam z moją mamą, babcią i dziadkem w salonie. ... ... ... o ja pierdzielę Harry właśnie siedzi z moją mamą i jej rodzicami sam w salonie!
Zleciałam po schodach niczym torpeda i wpadłam do salonu przy okazji przewracając się i lądując na tyłku.
- Hello everybody! - zaskomlałam z ziemi masując przy okazji swój kuperek. Przejechałam wzrokiem po twarzach moich bliskich. Moja mama śmiała się z mojego upadku, babcia patrzyła na mnie takim wzrokiem jakbym właśnie co najmniej wylądowała na bruku z otwartym złamaniem czaszki, a dziadek... dziadek miał nieokreśloną minę i wpatrywał się zagadkowym wzrokiem w coś za mną. Gdzie do cholery jest Harry?
Nagle poczułam, że dwie duże ręce brutalnie ciągną mnie w górę stawiając mnie do pionu.
- Gdzie byłaś? - wysyczał Hazza do mojego ucha.
- Opipszałam Liama. Przepraszam. - wymruczałam ściskając z otuchą jego rękę. Jak ja mogłam go tu zostawić? Sam na sam z moją cholernie bespośrednią mamą, babcią, która znając życie już go uwielbia i dziadkiem, który pewnie będzie do niego nie za dobrze nastawiony przez następne 3 lata.
O ile ja i Harry będziemy ze sobą za 3 lata.
Nerwowo przęłknęłam ślinę.
To będzie ciekawe.

*****

- Lubisz dzieci? - moja mama zadała Harry'emu już chyba 6746746 pytanie.
- Oczywiście, że lubi dzieci to dobry facet. - to urocze, że moja babcia na każde pytanie odpowiadała za niego, albo go borniła kiedy moja mama uderzała w jakiś zły temat.
- Może nie lubi dzieci, a ty musisz odpowiadać za niego. - mój dziadek wrodzony optymista.
- Może dalibyście mu odpowiedzieć. - to byłam ja.
- Lubię dzieci, nawet bardzo. - wydusił zmieszany Harry. Przedtem chyba chciał do tego podejść na luzie, ale po pytaniu mojej mamy o to czy jest dziewicą (tak powiedziała dziewicą nie prawiczkiem) chyba się trochę podłamał. To pytanie było drugie. Trochę mi go szkoda.
- To dobrze. - moja mama.
- Mówiłam.- moja babcia.
- To chyba dobrze. - mój dziadek.
- Och proszę was. - ja.
- Hmm. - Harry.
Tak z grubasz wyglądała nasza konwersacja od samego początku. Mama zadawała pytanie, babcia odpowiadała, dziadek był ,,optymistą", ja starałam się dać Harry'emu dojść do głosu, Harry odpowiadał, mama wyrażała swoje zdanie na temat odpowiedzi, babcia doszukiwała się w odpowiedzi jakichkolwiek plusów, dziadek mruczał, ja ich beształam, Harry wydawał bliżej nieokreślony dźwięk od czasu do czasu pomruk. Bylibyśmy świetną rodziną.
- No Harry zdałeś test. - powiedziała w końcu moja mama. Odetchnęłam z ulgą. Jej zdanie było dla mnie najważniejsze. Po tym jak tata ją zostawił była moją guru od facetów i to wcale nie dlatego, że dużo ich miała bo wcale ich nie miała, ale dlatego, że nie dała się zrobić w balona żadnemu osobnikowi płci męskiej. Gdyby mi powiedziała, że Harry nie jest dla mnie prawdopodobnie stanowiłoby to duży problem.
- Jeszcze zobaczymy. - mruknął mój dziadek. Ja, babcia, mama i Harry odwróciliśmy głowy w jego stronę.
- Dziadku. - wycedziłam. - Na razie nie masz powodów do tego żeby nie lubić Harry'ego. To, że twoje córki zazwyczaj trafiały na palantów nie znaczy, że Hazza nim jest. - zaczęłam bronić mojego chłopaka. Kocham dziadka, ale po związku mojej mamy z moim tatą, związku cioci z wujkiem (okropnym gburem, który dodatkowo był chamem) i związku mojej cioci z facetem, który zmieniał zdanie częściej niż kobieta w ciąży, dziadek stał się nieufny i źle nastawiony. Cóż porównując Stylesa chociażmy do mojego taty to... jedynymi ich wspólnymi cechami było chyba tylko to, że są bezczelni i uparci.
- Jesteś jeszcze młoda. Twoja mam też była.
- Mama była naiwna. Przepraszam mamo. - moja mama tylko machnęła ręką.
- Może ty też jestes naiwna. - upierał się dziadek.
- A może to ty dziadku jesteś za bardzo uparty. Może czas przestać przekreślać wszystkich chłopaków i chociaż spróbować polubić mojego, hę?
- Nie zmienie mojego zdania tak od razu. - podniósł głos.
- Ale czemu dziadek na mnie krzyczy ja nie każe dziadkowi go kochać tylko przestać traktować go jak winnego jakiejś ciężkiej zbrodni!
Tę jakże ciekawą wymianę zdań przerwała nam Carly, która właśnie weszła do pokoju szurając swoimi kapcio-słonikami. Zastanawiam się jak w ciągu 2 godzin zdążyła się doprowadzić do takiego stanu. Miała na sobie spodnie od piżamy, za duży t-shirt i na to niedbale zarzucony szlafrok. Jej włosy wyglądały jak jeden wielki kołtun. O makijażu może lepiej nie wspomnę.
Jedno wiem na 100%. Biprol potrzebuje faceta. Teraz. Myśląc facet miałam na myśli Liama.
- Carly... - zaczęłam nieśmiało.
- Nie potrzebuję go! Słyszysz?! To koniec z Liamem! Koniec!
Otworzyłam szeroko oczy zaskoczona jej wybuchem. No, no Payne. Nagrabiłeś sobie.
- Carly... - spróbowałam jeszcze raz.
- Mogę sobie sama wybudować dom, zasadzić drzewo i spłodzić syna! - mruknęła histerycznie bardziej do siebie niż do mnie. Okey. Mamy problem.
- Faceci to dno. - powiedziała moja mama.
- Właśnie. Istne dno! Jak oni mogę?! Waleni degeneraci! - ożywiła się Carly. - A zaczęło się niewinnie. Bronił tej suki Sue, a potem wszystko się spiepszyło... Daisy. - siadła koło mnie patrząc przed siebie nieobecnym wzrokiem.
- Tak?
- To koniec. On przesadził. - szepnęła. O nie. Nie, nie, nie.
- Carly przecież ty go kochasz. - pisnęłam przerażona. Najpierw Em i Zayn byli blisko końca, ale cudem się pogodzili. Potem Elen i Lou, ale wątpię, aby znowu im wyszło. Cóż może nie powinnam tak myśleć, ale znam El i znam Lou. Po głębszym zastanowieniu doszłam do wniosku, że chyba musiałaby być apokalipsa zombie żeby się pogodzili. I musieliby być ostatnimi żywymi ludźmi. Przykre, ale prawdziwe. Ale nie pozwolę zniszczyć Larly. Nigdy w życiu. Ta fioletowo włosa menda ma być szczęśliwa.
Spojrzałam przestraszona na Harry'ego. Wyglądał jakby miał ochotę komuś przyłożyć. I mogłam się założyć, że nazwisko tej osoby zaczynało się na ,,p'' i kończyło na ,,e''.
Trzeba sprowadzić tu Liama. I ja chyba wiem jak to zrobić.
- Mam pomysł. - wyszeptałam do ucha Harry'emu. On tylko spojrzał na mnie podejrzliwie.
- Skarbie twoje pomysły zawyczaj nie kończą się dobrze. - mruknął.
- Och zamknij się jestem świetna w... - spojrzał na mnie z uniesionymi brwiami - w pomysłowowści. - dokończyłam triumfalnie, a on się skrzywił.
- Daisy. Muszę się z nim zgodzić. Twoje plany są do dupy. - powiedziała Carl, ostatnie słowo wymówiła półszeptem wiedząc, że moja babcia tego nie lubi.
- Moja plany są świetne... tylko ich koniec nie zawsze jest pomyślny. - podniosłam się z dumą - A teraz przeproszę was na chwilę.

*****

Jeden sygnał. Drug...
- Dzień dobry Pretty Kitty. - zaświergotał wesoło Pierre do telefonu. Chyba się z nim zaprzyjaźniłam. Jakkolwiek niedorzecznie to brzmi.
- Uważaj żebym nie zaczeła do ciebie mówić Silly Kitty.
- Też miło cię słyszeć. - zażartował.
- Mam dla ciebie misje. - nie owijałam w bawełnę.
- Oho. - zagwizdał - Dajesz mała.
- Najpierw powiedz czy możesz się na trochę urwać z uczelni.
- Dla ciebie? Myślę, że da się coś zrobić.
- Nie podrywaj mnie. Dupku.
- Facet jest po prostu miły, a ta od razu... - tutaj aktorsko westchnął. - No dobra. Mów o co chodzi.
- Masz mi sprowadzić do Londynu Liama. Wiesz, którego Liama.
- Mam ci sprowadzić siłą do Anglii dorosłego faceta? - zapytał z niedowierzaniem - Widzę, że nie wątpisz w moje możliwości.
Przewróciłam oczami. Ci aktorzy.
- Liam jest w LA. - mruknęłam.
- A ja w NY. - zamruczał.
- Pierre. - zaskomlałam. - Proszę. - dodałam.
Westchnął.
- Dobra. Daj mi na niego namiary i sprowadzę ci kolesia w ciągu 3-4 dni.
- Dziękuję. Wpadniesz wtedy w gościnę, prawda?
- A Harry nie będzie miał nic przeciwko? - zapytał zaciekawiony.
- Od kiedy interesuje cię zdanie innych?
- Od kiedy dostałem po mordzie. - odpowiedział. - To cześć Pretty Kitty. - dodał i się rozłączył.
I kto tu jest mistrzem? Tak, wciąż ja.

*****

- To urocze. - stwierdził  z jadem Styles przechadzając się po swoim pokoju, w którym aktualnie byłam zamknięta (czy wspomniałam, że przywiązał mnie do krzesła? nie? więc teraz wspominam). Rozumiem męska zazdrość i wściekłość górą, ale kurde on mnie przywiązał do krzesła! - Facet się produkuje. Spotyka z twoją rodziną. Próbuje za wszelką cenę udobruchać twojego dziadka upartego jak stado osłów. Wybacza wszystkie twoje wybryki... - otwierałam już usta żeby mu przerwać, ale wtedy wrzasnął - Zamknij się chociaż ten jeden raz! A ty dajesz misję jakiemuś francuzkiemu patafianowi,  z którym się zaprzyjaźniłaś... Chociaż wiesz, że go nie cierpię. A ja zastanawiam się co dzieje się w tej twojej głowie. Przecież ty w ogóle nie myślisz! Robisz to co ci się żywnie podoba i nigdy mnie nie słuchasz! Nie żebym był geniuszem, ale mimo wszystko myślę, że często mam bardziej dojrzałe reakcje niż ty.
Cóż pewnie łatwo się domyślić, że Harry wściekł się po tym jak dowiedział się, że Pierre do nas wpadnie. Ale to nie moja wina, że jego nienawiść bucha mocą 100 000 słońc.
- I co teraz mam zrobić? - pisnęłam. Hazz gwałtownie do mnie podszedł i złapał za podłokietniki krzesła potem przybliżył swoją twarz do mojej skanując mnie tymi swoimi wścikłymi, zielonymi oczami.
- Nie wiem. - mruknął w końcu odsuwając się trochę jednak po chwili znów się przysunął. - Ale jeśli ten dupek choćby cię tknie zdziele nie tylko Liamowi, jasne? - warknął. Chociaż w sumie w wykonaniu Harry'ego to brzmiało bardziej jak groźba szczeniaczka rasy york. Przełknęłam ślinę.
- Grozisz mi? - zapytałam.
- Można tak powiedzieć.
- Dobra... Przeżyłam twoją zazdrość i bujkę z Lavelle. Ale krępowania mnie i grożenia mi... MAMOOOOOOOOOOOOOOOOOOO! - wydarłam się na cały dom, jestem pewna, że słyszeliby mnie nawet sąsiedzi. Harry wyglądał jakby ktoś właśnie mocno kopnął go w brzuch.
Po chwili do pomieszczenie wleciała moja mama w kocyku i z jej czapką do spania na głowie (jej czapka do spania była kiedyś moją czapką, ale teraz już była jej czapką do spania). Spojrzała na nas z uniesionymi brwiami.
- Ja... - wydukał Harry.
- Chyba czas z wami porozmawiać. - mruknęła moja mama usadawiając się na łóżku Stylesa i zakładając noge na nogę. Poklepała dwa miejsca obok siebie. Harry niczym wytresowany szczurek ruszył usiąść koło mojej rodzicielki. Piepszony lizus. Ja próbowałam się ruszyć, ale... byłam związana.
- Ja zostanę... tutaj. - powiedziałam trzęsąc krzesłem.
- Ja wszystko wiem. - zaczęła.
- Co pani wie? - spytał zmieszany Harry.
- Nie jestem pani jestem Katy. - poprawiła go przy okazji klepiąc go w ramię. - Chodzi o to, że rozumiem, że jesteście młodzi i macie swoje potrzeby. Tylko to - wskazała na mnie - nie jest najlepszy sposób. Nie żebym próbowała, ale oglądałam filmy.
Harry spojrzał na nią przerażony. Mogę się założyć, że jeszcze nie zrozumiał o co jej chodzi.
- Ale jestem gotowa to zaakceptować puki ona nie ma siniaków. - dodała. - Jednak mam wielką nadzieje, że... - urwała.
- Że? - spytał Harry.
- że się zabezpieczacie. Nie chcę być babcią. Nie przyjmij tego źle Harry. Jesteś bardzo przystojnym chłopakiem mielibyścia ładne dzieci, ale nie teraz. - dokończyła.
Czy przedtem mówiłam, że Harry wyglądał jakby ktoś kopnął go w brzuch? Teraz wyglądał sto razy gorzej.
- Ale my nie... - zaczął niepewnie.
- Csiii. - moja mama przystawiła mu palec do ust. - Nic nie szkodzi. Nie musicie mi się tłumaczyć. Idę sobie zrobić herbaty.
Kiedy moja mama wyszła z pokoju Styles dalej siedział skołowany w tym samym miejscu.
- Zrobiłaś to specjalnie. - załkał.
- Tak.
- Teraz twoja mama ma mnie za psycho zboka.
- Ale uważa, że jesteś przystojny. - pocieszałam.
- Nienawidzę cię. - jeknął podnosząc się i wychodząc z pokoju.
- Harry. - szepnęłam, ale odpowiedziała mi cisza. - Nie odwiązałeś mnie dupku.

*****

*3 dni później*
- Ja w twoim wieku pracowałem. - mruknął dziadek do Harry'ego przy śniadaniu. Cóż minęły 3 dni w ciągu których ja i Harry zdążyliśmy się pokłócić jakieś 345 razy co słyszał mój dziadek. Tym samym Harry zdążył podpaść mu jakieś 350 razy. Tak, liczyłam.
- Ale prosze pana ja przecież pracuję. - odpowiedział Styles.
- Jako piosenkarz w boybandzie synu.
- Podobno każda praca jest dobra. - zajęczał Harry. W sumie trochę mu współczuję, też byłabym zmęczona tym ciągłym bronieniem się przed moim nadopiekuńczym dziadkiem.
- Dziadku powinienieś dać mu już spokój. - powiedziałam lekko pocierając Harry'ego po plecach. On tylko posłał mi wdzięczny uśmiech. Jakkolwiek go nie wkurzałam wciąż lubił kiedy byłam urocza w stosunku do niego. ,,Urocza" ugh wpadam w samouwielbienie.
- Dam mu spokój kiedy na to zasłuży. - zagderał dziadek wychodząc z jadalni.
- Twoja mama myśli, że preferuję sadomaso, twój dziadek mnie nienawidzi, a twoja babcia mnie kocha. Czy mogło być lepiej?
- Jeszcze nie poznałeś mojego taty i jego rodziców.
Harry spojrzał na mnie przerażony.
- Wiesz masz szczęście, że cię lubię. - mruknęłam - Bo prawdopodobnie gdybyś tylko spróbował mnie źle traktować ojciec mojego taty czyli mój dziadek przetrąciłby ci nos, a potem połamał wszystkie kości, a potem jeszcze...
- Nie kończ. Kim był twój dziadek?
- Cóż... Najpierw był kowalem, potem poszedł na studia i po studiach budował statki, ale sęk jest w tym, że w ramach rekreacji uprawiał boks i takie tam. - odpowiedziałam - Harry?
- Mhm? - mruknął.
- Uważam, że powinieneś zadzwonić do Lou. Nie ma go już 3 dni.
- A czemu sama nie zadzwonisz?
- Bo potencjalnie wciąż powinnam być na niego zła. Wiesz babska solidarność. - powiedziałam tak jakby to była najbardziej banalna rzecz na świecie.
- Ale rozmawiałaś z nim potem!
- Ale wtedy chciałam żeby poszedł odsyzkać Elen, a nie spytać czy wszystko z nim okey! Ej Harry, a co jak on nie żyje?
- Dobra już do niego dzwonię. - powiedział wyciągając telefon i wykręcając odpowiedni numer. Musieliśmy chwilę poczekać na jakiś odzew.
- Cześć Louis.
- ...
- Dzwonię bo Daisy się o ciebie martwi chociaż w życiu nie przyzna tego na głos.
- ...
- Dobra powiem jej, że też ją lubisz.
- ...
- Gadaj gdzie jesteś ośle po to dzownię.
- ...
- Gdzie?!
- ...
- Jak to jesteś w Vegas?!
- ...
- Jakie komplikacje?!
- ...
- Elen co?! Jaki hipis?
- ...
- Ślub?!
Spojrzałam na Harry'ego przerażona.
- ...
- Ale jak?!
- ...
- I ty to nazywasz ,,małymi komplikacjami"?!
- ...
- Jesteś debilem!
- ...
- A kto to do cholery jest Ellie?!
- ...
- Masz tu wrócić!
- ...
- Nie obchodzi mnie to! Jeśli musisz to wróć z żoną!
- ...
- Masz tu wrócić!
- ...
- Nie. Nie rób nic sam. Masz tu wrócić powiedzieć wszystko Paulowi i poprosić jego żeby załatwił ci rozwód.
- ...
- Tak wiem, że on i Daisy cię zabiją.
- ...
- Nie obchodzi mnie to. Naważyłeś sobie piwa to teraz je wypij. 
- ...
- Wal się. Czekamy na ciebie. - warknął poczym się rozłączył. Styles spojrzał na mnie ze strachem widocznym w oczach. Nie wiem czy bał się mojej reakcji czy tego co zrobił Tomlinson.
- Co zrobił Lou? I kim jest Ellie? Jaki ślub? I co nas ominęło? - strzelałam w niego pytaniami.
- Więc...
- No wyduś to z siebie.
- Elen i on to już definitywny koniec. On czuł się jak gówno więc poszedł do sklepu gdzie spotkał pewną miłą kasjerkę, która miała na imie Ellie i poszli razem na spacer. Potem stwierdzili, że muszą się rozerwać więc Tomlinson wpadł na wspaniały pomysł aby jechać do Vegas. Jego nowa przyjaciółka nie za bardzo za tym była więc ją okłamał i upił, a potem wpakował ją i siebie w nasz prywatny samolot i polecieli do Las Vegas. Kiedy Ellie się obudziła nawrzeszczała na niego, ale nie za bardzo mogła coś zrobić więc poszli pozwiedzać. Zaciągnęli się do jednego z klubów i znów upili do nieprzytomności, a kiedy obudzili się razem w pokoju hotelowym okazało się, że oboje mieli obrączki na palcach, a skumali to bo Ellie była ubrana w białą kieckę przed kolano za małą o dwa rozmiary. Z przerażeniem zaczęli przeszukiwać wszystkie swoje kieszenie i w końcu znaleźli papierek, który mówił, że wzięli ślub w jakiejś porąbanej kapliczce i okazało się, że o cholera rzeczywiście to zrobili. Louis próbował się dogadać z kolesiem stamtąd, ale ten powiedział mu, że teraz musza wziąć rozwód żeby to zupełnie unieważnić, a to już nie takie proste. Brzmi trochę jak Kac Vegas nie?
Trochę za dużo informacji jak na tak małą ilośc czasu. Pierre dziś sporwadzi mi Liama. Carly się załamała. Louis jest żonaty. Elen prawdopodobnie chodzi z hipisem tak jak w moim śnie. Co jeszcze? Meteoryt?
- Córciu widzaiałaś gdzieś może swojego brata? - spytała moja mama wchodząc do pomieszczenia.
O cholera no nie.

*****

- Ciasteczko?
- Wal się Nialler. Nie chcę twoich pysznych ciastek. - zajęczałam w poduszkę. 
Swoją drogą czy on właśnie leży nademną i kruszy mi na łóżko?
- Bedzie dobrze.
- Nie. 
- Nie bądź taką pesymistką misiu.
- Ja...
W całym domu rozszedł się dzwonek do drzwi.
- Twój kochanek przyjechał. - zaśmiał się Niall.




*****



To tylko część pierwsza dodana bo gryzły mnie wyrzuty sumienia i dużo osób chciało już rozdział. Nie mam weny, ale nie mam też serca żeby nie dodawać tak długo. Na LA odpowiem po części drugiej. Przepraszam, że was zawiodłam misiaki. Jestem okropna. Następna część pojawi się wkrótce.


Prosze o komy!










niedziela, 16 marca 2014

Rozdział 36

(już w Londynie)
- KTO TO DO JASNEJ CHOLERY JEST CHARLOTTE FREE? - usłyszałam bardzo agresywny ryk Carly, która siedziała aktualnie w salonie. Nie ma to jak drama time z samego rana.
- To taka amerykańska modelka. - odpowiedziałam jej wchodząc do salonu. Ostro. Carly wygląda jakby ktoś dał jej jakieś dopalacze. - Czemu pytasz?
- Liam. - odpowiedziała krótko.
Liam co? Liam Payne co? Co ja mam rozumieć przez jego imię?
Podeszłam do niej siedzącej na kanapie z laptopem i spojrzałam na ekran urządzenia. Och. Okey już wiem o co chodzi.
- Wiesz... -zaczęłam niepewnie. To, że Liam chodzi sobie po LA z jakąś modelką nie znaczy, że coś do niej ma co nie? W końcu nie trzymają się ze ręce czy coś. - To jeszcze nic nie znaczy. - dokończyłam.
- Stul dziub jesteś w szczęśliwym związku. To ja tu się upijam i zamartwiam, a ten w dupe rąbany orangutan prowadza sie po LA z jakąś modeleczką. Tak nawiasem kto cię jebnął butem w twarz jak byłaś mała szmato, że jestes taka ładna?! - ostatnie zdanie wykrzyczała w stronę monitora w patrząc zazdrośnie w stronę modelki. Okey. Jestem rozdarta między pomocą jej, a zostawieniem jej aby sama poradziła sobie z zazdrością.
Wybieram drugą obcję.
Powolnie odwróciłam się z zamiarem opuszczenia jaskini smoka, ale kiedy tylko spróbowałam zrobić pierwszy krok zostałam brutalnie pociągnięta w dół. Masz szczęście fioletowo-włosa pizdo, że wylądowałam moim pięknym kuperkiem na kanapie.
- Co ma ona czego ja nie mam?
Cóż nie wiem. Może Liam nie jest w niej zakochany?
- Carly... przesadzasz. - mruknęłam próbując wyszarpać rękę z jej żelaznego uścisku.
- A co ty byś zrobiła na moim miejscu?
- Nie wiem. Ale cóż wiesz... myślę, że przede wszytskim chociaż ja sama jako twoja przyjaciółka jestem na niego zła, odebrała od niego telefon. Facet dzwoni do ciebie codziennie po 20 razy, a ty nawet nie raczyłaś odebrać żeby powiedzieć mu żeby spierdalał. To nie kulturalne.
Ja i mój pogląd na świat powinniśmy dostać Nobla za samo to, że istniejemy. Żądam mojego medalu za to, że jestem. Teraz.
- Nie będę odbierać telefonu od tego zidiociałego palanta, który... - zaczęła syczeć moja przyjaciółka mrużąc oczy.
- Tak. Tak wiem. Słownik już byś napisała na podstawie słów jakich zazwyczaj używasz żeby go zjechać za to, że cię skrytykował. - przerwałam jej.
- Daisy... Czy ja jestem żałosna? - spytała piskliwie.
- Och Carl. Przytul się. - przygarnęłam ją do siebie i zaczęłam ją powoli głaskać po plecach. - Nie jesteś żałosna tylko... obrażalska. Nie przyjmij tego źle, chcę tylko powiedzieć, że Liam zasługuje na karę, ale zasługuje też na 1 sms'a czy wszystko z tobą okey.
W tym właśnie momencie... Carly zaczęła płakać.

***

- DAISY! - wrzasnęła osoba po drugiej stronie słuchawki. Miło się zaczyna. Powinien się cieszyć, że w ogóle do niego dzwonię.
- To moje imię. LIAM.
- GDZIE JESTEŚCIE? JEST Z WAMI CARLY? CZY CARLY JEST BEZPIECZNA? JEST NA MNIE BARDZO ZŁA? JAK BARDZO SPIEPSZYŁEM? CZY MASZ MNIE ZA KOMPLETNEGO IDIOTĘ? CZY ONA MNIE NIENAWIDZI? - pytania wylatywały z niego jak z procy. Zwolnij Payne.
- Zamilcz. - wyrzuciłam z siebie. - Nie będę z tobą długo rozmawiać bo na zasadzie babskiej solidarności jestem na ciebie zła, chcę ci tylko powiedzieć, że Carly jest z nami i jest na ciebie śmiertelnie obrażona, ale przede wszystkim zamierzam dać ci radę.
- Radę? - chyba go trochę zdezorientowałam.
- Tak Liam jeśli nie wiesz co to jest po prostu wpisz w google. - żachnęłam się. - Przejdźmy do rzeczy. Teraz szlajasz się z jakąś modelką po LA?
- Wcale się nie szlajamy! Lotta jest tylko...
- Zamilcz. - powtórzyłam swoje poprzednie słowa - Nie obchodzi mnie kim jest dla ciebie ,,Lotta''. Grunt jest taki, że Carly jest zazdrosna więc...
- Więc co?
- Rób to co robisz w granicach przyzwoitości. - krzyknęłam rozłączając się.

***

- Podnoś dupę Tomlinson. - mruknęłam trącając te zwłoki na łóżku pałką Nialla, którą ostatni raz zostawiłam tutaj po złojeniu mu dupy za to co zrobił Elen.
- Po co mam wstawać? Po co mam oddychać?... Po co mam żyyyyyććć? - zawył. Mój Boże. Będzie prościej niż myślałam.
- Przestań się zachowywać jak zdesperowana nastolatka ze złamanym sercem i wstawaj bo nie zamierzam pozwolić ci spędzić reszty twojego nic nie wartego życia na tym łóżku.
- Czyli według ciebie moje życie jest nic nie warte?! - zawył Lou gwałtownie podnosząc się i odwracając w moją stronę. Cóż trzeba przyznać, że sporo czasu się już nie golił do tego śmierdział, był wygnieciony i jego włosy wyglądały jak tłusty hełm. Ale nie o tym. Mimo to, że teraz mam ochotę go wyśmiać przecież muszę mu pomóc. O i czegoś się w końcu nauczyła... jeśli chcesz zwrócić na siebie uwagę faceta najedź na jego cholerne ego.
- Tak, tak właśnie! A teraz wstawaj albo ci pomogę nadęty chuju! - wydarłam się zrzucając go z łóżka.
- Po cholere mam wstawać?! Co?! - próbował się wydostac z pościeli. Bez skutku zresztą. Zaczęłam się szarpać z nim i z pościelą, aż w końcu dokopałam się do twarzy Louisa. złapałam go za koszulkę i zaczęłam szarpać.
- Może dlatego, że twój związek właśnie definitywnie się kończy, a ty zamiast coś z tym zrobić leżysz i użalasz sie nad sobą! Idź i o nią walcz! Jeśli nie wróci dostaniesz po mordzie, a nóż chociaż mało prawdopodobne może dostaniesz drugą szansę!
Popatrzył na mnie wzrokiem zbitej sarny i... zrzucił mnie z siebie.
- Idę walczyć o tę piepszoną marchewę! - wydał okrzyk wojenny wylatując z pokoju jak torpeda.
Czy on zapomniał, że...?
- Ale najpierw umyję włosy! - krzyknął kiedy na korytarzu mignęła mi jego postać kierująca się w stronę łazienki.
Pokiwałam głową z dezaprobatą. Tomlinson.

*****

(perspektywa Louisa)
Stałem przed tymi drzwiami jak idiota czekając aż ta siksa mi otworzy. Nie, nie siksa. Przepraszam świecie chyba po prostu jestem zdesperowany. Zadzwoniłem już chyba po raz szósty i dalej nie dostałem żadnej odpowiedzi... do czasu.
- Co TY tutaj robisz? - wysyczała otwierając drzwi.
- Przyszłem pogadać. - powiedziałem wpychając się do tego mieszkania i zamykając drzwi co skwitowała zirytowanym mruknięciem. Ale chwila...
OMG.
OMG.
OMG?
Elen jest ruda. To znaczy nie żebym wcześniej tego nie wiedział, ale no... Przedtem nie widziałem jeszcze jej naturalnego koloru. Wyglądała trochę inaczej... Aczkolwiek i tak zadziwiwająco dobrze. Jej głębokie niebieskie oczy wbrew temu co mogłem przedtem przypuszczać (ale nie przypuszczałem... nie wcale) jednak świetnie komponowały się z kolorem marchewki. Taki sprajs dla świata.
- Słuchaj jesli myślisz, że możesz sobie tu tak po prostu przychodzić bo chcesz sobie pogaworzyć to się grubo mylisz...
- Nie przyszłem pogaworzyć. Przyszłem - nerwowo przejchałem ręką po włosach - przeprosić.
- Przeprosić? - parsknęła i wybuchła śmiechem. Nie zyczliwym śmiechem raczej szyderczym. - A za co ty chcesz mnie przepraszać? Za zdradzenie mnie? I to jeszcze z chłopakiem?- dalej się ze mnie szydziła. No tak, ale czego się spodziewałem? Że rzuci mi się w ramiona i powie, że nic nie szkodzi, a potem będziemy żyć długo i szczęśliwie? Tak oczywiście Lou taki punkt myślenia ma chyba tylko Daisy.
- Możesz przestać? - syknąłem zirytowany.
- Przestać co?
- Wiem, że spiepszyłem ok? Na całej lini, ale przepraszałem już chyba milion razy! Nie mam pojęcia ile wiadomości zostawiłem już na twojej poczcie głosowej i ile sms'ów wysłałem. Teraz chcę tylko wiedzieć jakie jest twoje stanowisko?
- Stanowisko? -  zamrugając oczami.
- Jest jeszcze szansa, że ja i ty... kiedyś...? - zacząłem jednak nie umiałem złożyc z tego sensownego zdania. Może przez to, że byłem całkowicie zdenerwowany i zażenowany, może dlatego, że było mi wstyd i miałem ogromne wyrzuty sumienia, a może dlatego, że było mi głupio w ogóle pytac ją o takie coś.
Pomiędzy nami zapadła niezręczna cisza. Elen patrzyła na mnie jakby widziała mnie po raz pierwszy w życiu i nerwowo przebierała nogami. Jej policzki trochę poczerwiniały więc może jest jeszcze szan...
- Nie.
Słucham? Tak po prostu powiedziała ,,nie"?
- Ale... ale... - poczułem ogromną gulę w gardle - Ale dlaczego? Przecież... Czego ode mnie oczekujesz mam kleknąć i błagac o wybaczenie? - mimo opłakanego stanu mojej psychiki w tej chwili zaczęła się we mnie wzbierac złość. Nie. Bezczelny Louis nie może teraz wyjść na światło dzienne.
- Powinieneś wyjść. - wyszeptała kładąc rękę na klamce drzwi.
- A czy kiedyś tak naprawdę coś do mnie czułaś? - spytałem w złości.
- Wypierdalaj! - krzyknęła otwierając drzwi za którymi jak się okazało stał jakis koleś. Dokładniej hipis.
- Cześć Elen przyniosłem warzywka żebyśmy mogli sobie zrobić sałatkę i poprawić ci humor. - wydukał facet. Spojrzałem na Elen i uśmiechnąłem się z największym jadem na jaki kiedykolwiek było mnie stać. Dziewczyna przenosiła swój wzrok ze mnie na faceta i z faceta na mnie. Po chwili patrząc na swoje stopy powiedziała tylko:
- To definitywny koniec.
Zgaduję, że te słowa były kierowane do mnie.
Zażenowany wyszłem z jej mieszkania ,,przypadkiem" trącając hipisa ramieniem.
Elen i hipis. Pff. Wcale nie będę teraz pić. Kogo próbuję oszukac jasne, że będę.

*****

(wciąż Lou)
Mruknąłem kładąc na taśmę trzy butelkli wina i kilka (załóżmy, że nazwę tą górę śmieciowego żarcia ,,kilka") innych rzeczy. Zapowiada się ciekawy wieczór.
- Dzień dobry. - przywitała się z mną dziewczyna obsługująca kasę. Była może w moim wieku, nie starsza.
- Dla kogo dobry dla tego dobry. - zaburczałem w odpowiedzi, a ona przeskanowała mnie wzrokiem. Dosłownie przeskanowała. Była bardzo jasną blondynką z sarnimi oczami. Całkiem ładna jeśli mam być szczery.
- Zły dzień? - spytała kasując moje produkty. Ta. Zły dzień. Nawet nie wiesz jak bardzo.
- Mhm. - mruknąłem pocierając sobie twarz ręką. Czuję się jakby przebiegło po mnie stado bizonów.
- Jestem Ellie.
Ellie. Elen. Chyba jestem zdruzgotany.
- A ja Louis. Miło mi. - zamruczałem.
- Wiem kim jesteś.
- W takim razie już dawno powinnaś krzyczyeć i piszczeć. - postawiłem na to żeby być wredny, ponieważ ona była uśmiechnięta. To chore, ale w tej chwili miałem ogromną ochotę się na kimś wyżyć.
- Myślisz, że będąc wrednym, aroganckim chujem zrazisz mnie do siebie panie gwiazdo? Nie tym razem. - zaśmiała się wystukują coś na kasie.
- Twarda sztuka. - zaszydziłem.
- Nie chce ci dowalić, ale wyglądasz jakby zerwała z tobą dziewczyna, a potem przejechał cię pociąg.
- Dzięki. Tak się skałada, że przed chwilą moja była powiedziała, że to definitywny koniec, a potem prawie nie przejechał mnie rowerzysta.
- To zabawne. - uśmiechnęła się lekko.
- No widzisz dla mnie wcale. - mruknąłem zirytowany.
- A powinno. Możesz wierzyc lub nie, ale kiedyś będziesz sie z tego śmiał. - powiedziała klepiąc mnie w ramię. Śmiały ruch jak na kogoś kto mnie nie zna.
- Serio? - zapytałem, a na mojej twarzy zamajaczył uśmiech. Ah ci optymiści. 
- Pewnie. - odpowiedziała pokazując mi cenę na kasie jaka wyszła za wszystkie moje produkty. Cholera. Dobrze, że jestem bogaty.
- A ty co taka szczęśliwa? - zapytałem podając jej pieniądze.
- Dzisiaj zerwał ze mną mój już teraz ex chłopak, który jest największym ciachem na studiach.
- Co w tym pozytywnego? - skrzywiłem się marszcząc nos.
- No z twojego punktu widzenia to nic, ale ja czuję się tak jakby ktos właśnie zdjął mi za ciasno zapiętą obrożę i krzyknął ,,biegnij Ellie, biegnij!". W końcu mogę normalnie oddychać.
Dobra. Zainteresowała mnie. Mogę się założyć, że patrzę na nia z fascynacją. Unikalny okaz.
- Więc... Ellie co robisz dziś po pracy? - zapytałem.
- Chyba nic. A czemu pytasz?
- Potrzebuję kogoś kto poprawi mi humor.
- Nie zrobię ci dobrze. - westchnęła zdenerwowana.
- Nie o taką poprawę humoru mi chodziło. - sprecyzowałem.
- Dopiero co zerwała z tobą definitywnie dziewczyna gwiazdeczko.
- Fakt. Ale ja chce się z tobą spotkac jak z dobrą znajomą.
- W takim razie... - zastanowiła się przez chwilę - Do zobaczenia. - mruknęła szeroko się uśmiechając, a ja ku memu własnemu zdziwieniu stwierdziłem, że ten uśmiech jest trochę jak pierwszy promyczek słońca w deszczowy londyński dzień.

***
(perspektywa Daisy)
- Zaraz będzie tu moja rodzina Harry. Powiedz nam jak się z tym czujesz? - śmiałam się z Harry'ego przystawiając mu dezodorant do ust. Kocham go wnerwiać.
- Nam? Ty i twoje rozdwojenie jeźni w końcu postanowiłyście się ujawnić?
- Może. - mruknęłam obejmując go jedną ręką w pasie i kładąc głowe na jego ramieniu. Spojrzałam w lustro. Cóż mamie powinno się spodobać. Może nawet będzie nas shippować jeśli dowie się co to znaczy.
Harry po raz setny zaczął poprawiać swoje włosy. Chyba umrę.
- Jesteś głupi.
- No popatrz mimo wszystko mądrzejszy od ciebie. 
- O tyyyy... - już chciałam mu coś powiedzieć kiedy usłyszałam dźwięk zdziebko przypominający ryk zabijanego walenia. Salon. Ten dzwięk dochodzi z salonu. Ignorując Hazze szybko tam poleciałam modląc się tylko żeby nic się nie stało. Kiedy już tam dotarłam zastałam Carly. Carly szlochającą na kanapie.
-Boże Carl co się stało? - krzyknęłam podchodząc do niej, na jej kolanach spoczywał laptop.
- Liam Payne sie stał. - zawyła i wtedy na ekranie komputera zobaczyłam coś czego nigdy w życiu nie chciałam zobaczyć.



*****




Moglibyśmy porozmawiac o tym jak bardzo zawaliłam, ale nie bo nie chce sobie psuć humoru. Jest mi smutno, że musze zaniedbywac tego bloga, ale nic na to nie poradzę. Ten rozdział jest chujowy i w sumie to raczej tylko jego połowa dodana tylko dlatego, że chciałam coś dodać. Nie wiem co moge jeszcze napisać prócz tego, że wam tak strasznie dziękuję za ilość komentarzy pod poprzednim... kocham was i dziękuję i przepraszam i wszystko na raz. I wsumie podniosłam trochę poprzeczkę ilości komentarzy po której dodam następny rozdział, nie napiszę do ilu bo ta zasada i tak jest nie pisana, ale mam nadzieję że dalej będziecie komentować i się nie zniechęcicie. 
Zostałam też znów nominowana do LA za co bardzo dziękuję Olka Lolka.


1. Ulubiona książka o 1D?
Idk. Mam (i przeczytałam) tylko Siłę Marzeń.
2. Rozmiar buta?
40-41. To zaelży jak wypada.
3. Ulubiona piosenka?
Awolnation - Sail
4. Czy jesteś w jakimś fandomie?
Nie. Nie przemawia do mnie już teraz idea fandomu. To było fajne tylko na samym początku.
5. Jakie jest twoje największe marzenie?
Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Chyba chcę być po prostu szczęśliwa.
6. Ulubiony kolor?
Zielony.
7. Ulubiony miesiąc w roku?
Maj. To miesiąc, w którym mam urodziny, ale nie tylko dlatego jest moim ulubionym miesiącem.
8. Czy masz jakieś zwierzę?
Psa. Nuteczka. Moja Krasula :3
9. Czy oprócz tego bloga masz inny?
Yeah. Prowadzony z JJ jest w zakładce kontakt.
10. Od kiedy prowadzisz bloga?
Sierpień 2012 roku.
11. Najlepsze wspomnienie z 2013 roku?
Nie mam pojęcia.


Prosze o komy!











poniedziałek, 20 stycznia 2014

Rozdział 35

Czerwona czcionka do przeczytania dla wszystkich pod notką. Proszę.

Otworzyłam oczy i... cholera... świat się zatrzymał, ale dalej jestem w tym samym nieodpowiednim miejscu z tym samym jeszcze bardziej nieodpowiednim człowiekiem, który wciąż dotyka mnie w nieodpowiednich miejscach... A najgorsze było to, że w moją stronę zmierzał Louis. Ale nie jako taki jakim go zapamiętałam. To nie było Louis z mojego życia, ani Louis menel. Tym razem miał biały, za duży wieniec na głowie i był ubrany w grecką szatę w koloże ecru. Dodatkowo na jego ramieniu wsiała czerwona torebka ala Tinki Winki, z której wystawała ,,sraj taśma''. Prościej papier toaletowy. I matko jedyna czy on jedzie na jednorożcu?! Skąd tu do cholery piepszony jednorożec? Kiedy zbliżył się do mnie wystarczająco, żebym mogła popodziwiać oczy jego kuca i miałam już przeczucie, że powie coś w stylu ,,Daisy ruszaj na wojnę'' on po prostu powiedział:
- Przestań się miziać z łaski swojej.
ARE. YOU. FUCKING. KIDDING. ME?
- Gdybyś nie zauważył to nie ja przyciskam siebie do ściany.
- To go przesuń albo spraw żeby zniknął.
- Co?
- Och rany to twój świat debilko, możesz robić co chcesz...
Czy on wie o czym on mówi? Czy ja wiem co ja robię? Swoją drogą może warto spróbować skoro i tak nie mam innego wyjścia... Well - Chcę, aby Pierre zniknął. Teraz. Z naciskiem na teraz bo jego cholerna klatka piersiowa przygniata moje cholerne płuca.
I BUM.
Lavelle zniknął. Odetchnęłam z ulgi, radości i... ulgi again.
- Skoro raczyłaś się już poczuk komfortowo możemy wreszcie porozmawiać o ważnych sprawach? - spytał Lou mrugając oczami i machający łapą jak diva. Okey...
- Nie. - zaprostestowałam.
- Jak to nie? - wycedził mrużąc oczy ze złości.
- Najpierw chcę dostać odpowiedź na pytanie. - oświadczyłam tupiąc nogą niczym mała dziewczynka. On tylko spojrzał na mnie tak jakoś... pobłażliwie.
- Wal.
- To był tylko sen? - zapytałam modląc się w duchu, aby odpowiedź brzmiała ,,tak, tak, TAK!''.
- Tak to był sen. Możemy teraz przejść do rzeczy?
- Pewnie.
- A więc jestem twoim sumieniem.
...
...
...
- Co?! - wykrztusiłam wreszcie.
- Sumieniem. Wiesz takie coś co ci mówi czy robisz dobrze czy źle i takie tam. - wymruczał pocierając swój skorń w irytacji. Czy jestem aż tak irytująca?
Tak jestem.
- Załóżmy , że ci wierzę... Tylko dlaczego wyglądasz jak Louis?
- Nie mam zielonego pojęcia. Jestem twoim sumieniem! To ty nadałaś mi kształt! - zaczął wrzeszczeć.
- Okey. Skoro moje sumienie ma kształt to gdzie jest mój rozóm?
Moje sumienie wymownie spojrzało w górę. Potem znów na mnie. I potem znów w górę. Ciekawe co ma na myśli przecież na ,,niebie'' fruwa tylko Niall na kocie ze szkrzydłami wykrzykując kawały z seri ,,czarny humor'' i od czasu do czasu zapodający tekstem z Kubusia Puchatka.
- Tak właściwie to ci współczuję. - powiedziało sumienie marszcząc brwi.
- Czego? - spytałam kompletnie nie wiedząc o co mu chodzi, a on znów tylko wymownie spojrzał w górę. O. Rozumiem.
- Mój rozum właśnie lata na kocie tam na górze, prawda? - spytałam potakując głową z rezygnacją.
- Ta. Sorry. Ja i on raczej nie idziemy w parze. - stwierdziło sumienie. - A teraz może przejdźmy do tego o czym chcę ci powiedzieć. - dodał z naciskiem więc tylko przytaknęłam. - Niektóre rzeczy, które ci się przyśniły mogą sie naprawdę stać. W sumie wszystkie prócz tego o Sue, ona akurat dzięki tobie trafiła na odpowiedniego faceta, ale może ją zastąpić inna baba. Zmierzam do tego, że...
- Że? - spytałam przerażona. Matko jedyna zrobię wszystko.
- POWIEDZ WRESZCIE HARRY'EMU O PIERRE'RZE GŁUPIA SUKO BO CIĄGLE MUSZĘ CI ROBIĆ Z TEGO POWODU WYRZUTY SUMIENIA! - wydarł się przystawiając swoją twarz do mojej. Ok. Zasadniczo jestem przerażona. Bardzo przerażona. Do tego stopnia, że...
- Ipppp! - pisnęłam popychając go na ziemię. - Dobra powiem nie musiałeś tak drzeć na mnie mordy!
- Ale do ciebie inaczej nie dociera!
- Spierdalaj!
- Dobra. - powiedziało sumienie po czym klasnęło i znów zobaczyłam ciemność.

***

Obudziłam się. Matko. Matko, matko, matko. Trzeba działać. W ciągu 10 sekund zdążyłam gwałtownie wstać, wywalić się przez koc, w który byłam zaplontana i z gracją (ta akurat) wstać wyzywając cały świat od najgorszych. Kiedy już pozbyłam się koca jak poparzona pobiegłam schodami w górę, poczym z prędkością światła dostałam się do mojej sypialni gdzie na łóżku smacznie spał sobie Harry. Kurwa. Co by tu zrobić żeby go obudzić? Dobra nie ważne. Z braku żadnych lepszych pomysłów...
- HARRY! - wydarłam się skacząc na niego niczym rącza tygrysica na mięso. (Odpowiadam na niezadane pytanie. Nie, nie piłam, ale tak to jest jak człowiek jest niewyspany.) Zaczęłam nim potrząsać leżąc na nim i dalej drąc ryj - HARRY! HAROLD! STYLES PIZDO! WSTAWAJ! HARRY! HARRY! HARRY! Harry?!
- Co? - wymruczał uwalniając swoje ręce spode mnie i przecierając nimi oczy.
- Muszę ci coś powiedzieć! - pisnęłam podskakując na nim. Wytrzeszczył oczy i nagle zrobił się jakiś taki wybudzony. Jakby ktoś zasadził mu porządnego kopa w dupę.
- Jesteś w ciąży? - spytał podejrzliwie. Facepalm. Nie no kurde no nie.
- Tak. Stanowczo. Obudziłam cię w środku nocy, alby uświadomić cię, że jestem w ciąży. Tylko nie wiem z kim. Najprawdopodobniej ze sobą, ale kto się tym przejmuje w końcu to takie normalne.
- To był sarkazm czy...?
- Chodzę z idiotą. Z IDIOTĄ CHODZĘ!
- Ok. Rozumiem? To... Zdradzasz mnie? - spytał piskliwie podnosząc się i łapiąc mnie za ramiona. Pewnie nawet gdyby to co powiedział było prawdą nie umiałabym mu tego powiedzieć w tej chwili bo patrzył na mnie wzrokiem pod tytułem ,,nie łam mi serca czy wrócą tamte dni nie łam mi serca czy jeszcze powiesz mi, że to wszystko co...''... NIE CZEKAJ CO? CO JA WŁAŚIE POMYŚLAŁAM?! Ta jesteśmy siebie warci. Ale skoro go nie zdradzam i w tej sytuacji to... PLASK.
- Czemu dałaś mi z plaskacza?! - zapiszczał. Po raz kolejny. Baba.
- Bo podejrzewasz mnie o takie coś palancie. Więcej wiary w ludzi. I odpowiedź na twoje pytanie to: nie. Chociaż w sumie...
- W sumie co?
- Może i cię zdradzam... ale jak juz to ze sobą. W ciąże nie zachodzi się bez przyczyny.
- Och zamknij się. - jęknął. - To o co chodzi?
- No bo to w sumie długa historia i wiesz... no ten... ta... - zaczęłam się plątać, ale w mojej głowie zabrzmiał głos dziwnie przypominający Lou ,,PRZESTAŃ PIERNICZYĆ I DAJ SE SIANA''.
- Mów.. - powiedział stanowczo Harry.
- No więc na tej Ziemi istnieje pewien osobnik - Pierre i on...
*jakiś czas później*
- Harry błagam daj sobie spokój! - darłam się owinięta naokoło jego prawej nogi. Gdybym nie była zdenerwowana pewnie stwierdziłabym, że wyglądamy śmiesznie. Dwie dziewczyny w piżamach przyczepione do obu nóg chłopaka będącego w samych spodniach od dresu i jeden debil w gaciach wiszący na jego plecach. Dodatkowo wszystko działo się na klatce schodowej przed mieszkaniem Lavelle. Uroczo. Jak już pewnie łatwo się domyślić Harry nie zareagował na moją historię miło i przyjaźnie. No chyba, że ktoś przez miło i przyjaźnie rozumie - zrzucił mnie z łóżka wykrzykując, że pokaże temu niedorobionemu skunksowi żrącemu ślimaki i żaby kogo dziewczyną jest JEGO niedorobiona deska. Potem wezwałam posiłki jednak to skończyło się tylko Niallem z limo nabitym patelnią. Najlepszy jest fakt, że to Niall trzymał ową patelnie, Harry po prostu trochę jej pomógł w napaści na Niallera. Po farbowanej blondi spróbowała Julia. Jednak ona została tylko brutalnie rzucona o kanapę. Następnie ja bohatersko zagrodziłam Stylesowi drzwi co też skończyło się klęską bo zostałam po prostu przestawiona przez niego tak żeby mógł przejść. Zaczęliśmy go wszyscy gonić na klatce tylko, że na chwilę odpadłam bo wlazł do windy. Został tylko z Julią i Niallem, a ja poleciałam schodami i kiedy dotarłam oni już tam byli. Tak po krótce... Niall próbował na Hazzie damskiego boksu przez co prawie nie wydrapał Stylesowi oczu, a Julia po prostu za nimi szła rypiąc lokowatego po plecach bułką francuzką i wykrzykując, że go nienawidzi. Widząc, że moi przyjaciele nic nie wskórają rzuciłam się do nogi Harry'ego, oni poszli moim śladem no i stąd teraźniejsza sytuacja. Cóż co mogę powiedzieć nie szło nam dobrze... a przynajmniej nie wystarczająco dobrze, ponieważ Harry właśnie zadzwonił do drzwi naszego sąsiada. Naszego sąsiada - mojej zmory. Widząc, że i tak nic nie osiągnę odczepiłam się od nogi mojego chłopaka i stanęłam za nim obgryzając paznokcie ze zdenerwowania. Julii wzięła ze mnie przykład, ale Horan chyba nie był wystarczająco mądry, aby to zrobił więc pośpiesznie zaczęłyśmy go ściągać z pleców Hazzy co on skwitował jękami, które przypominały takie wydawane w czasie... tak właściwie nieważne. W tej samej chwili, w której wreszcie udało nam się zrzucić Nialla z pleców Stylesa usłyszałam zgrzytnięcie zamka w drzwiach. KRES JEST BLISKO MOI MILI! WSZYSTKO CO MAM NALEŻY DO MOJEJ MAMY GDYBYM POLEGŁA W TYM BOJU! Po chwili drzwi się otworzyły i stanął w nich zaspany Francuz. Popatrzył na nas spod lekko przymrużonych oczu i chyba trochę się zdziwił. Cholera. To, że jest zimnym dupkiem nie zmienia faktu, że jest cholernie przystojny. ZAMKNIJ SIĘ GŁUPI GŁOSIKU W MOJEJ GŁOWIE.
- Co jest...? - chciał już zapytać Lavelle, ale nie zdążył bo zaciśnięta pięść Harry'ego wylądowała na jego nosie. Matko. Matko. Matko. Co teraz? Co teraz? Co teraz? Stałam tam i patrzyłam z rozdziawioną buzią jak Hazza zwalił się na bruneta obalając go na ziemię.
- CO JEST Z TOBĄ NIE TAK?! - wrzasnął Styles, który aktualnie siedział okrakiem na swoim przeciwniku raz po raz dając mu z otwartej ręki w prawy policzek. - NIKT NIE MA PRAWA RUSZAĆ MOJEJ DZIEWCZYNY! ZROZUMIAŁEŚ CZY TO DLA CIEBIE ZA TRUDNE?! - zapytał łapiąc szamotającego się Pierra za nadgarstki i przytwierdzając je do podłogi. A ja stałam tam wbita w ziemię nie wiedząc co zrobić bo cóż... nie byłam zupełnie ugodową osobą i moi znajomi też nie byli, ale jeszcze nigdy nie widziałam, aby mój chłopak, tak właśnie MÓJ HARRY się tak zachowywał. Zresztą Julia chyba też była zdziwiona bo stała koło mnie zupełnie odrętwiała wciskąjąc sobie rękę do buzi w wyrazie przerażenia. Za to Niall jak to Niall musiał robić coś nietypowego więc aktualnie skakał po mojej drugiej stronie jak jakaś nastoletnia cheerleaderka wymachując łapami, co chwilę rzucając tekstami typ ,,dowal mu!'' ,,strzel mu gola w pysk!'' ,,skrócić o głowę!''. Cóż... najprawdopodobniej wszyscy potrzebujemy kogoś kto da nam porządnie z liścia. Tak więc podniosłam swoją rękę i niewiele się zastanawiając rypnęłam się w policzek. Zabolało. Mocno zabolało.
- Ty potworze... - wymruczałam sama do siebie i pewnie obrażałabym siebie dalej gdyby nie to, że Pierre, który bądź co bądź nie był głupi właśnie zaczął się bronić. Jego pierwsza część obrony polegała na zrzuceniu z siebie Hazzy, część druga na położeniu się na Stylesa i zasadzeniu mu porządnego prawego sierpowego prosto w łuk brwiowy. Oj nie dobrze. Trzeba to skończyć. Tym bardziej dlatego, że ich siły są w miarę wyrównane. Jeszcze się wzajemnie pozabijają. Po chwili kiedy już wybudziłam się z odrętwienia gwałtownie odwróciłam się w stronę Juli łapiąc ją za ramiona i odwracając ją w swoją stronę. Spojrzła na mnie nieprzytomnym wzrokiem co zdenerwowało mnie jeszcze bardziej czego skutkiem była moja ręka na jej policzku. Potem zastygłam w przerażeniu spoglądając na nią szeroko otwartymi oczami. Trzymała się za swój czerwony policzek z przymkniętymi w niedowierzaniu oczami i lekko otwartą buzią. Kurwa. W naszej przyjaźni to, że ją policzkowałam zdarzało się na prawdę rzadko. To raczej ona policzkowała mnie żebym się ogarnęła, jednak czasem musiałam na czymś chociaż trochę wyładować swoje emocje i tak po prostu wychodziło... dodając, że potem moja przyjaciółka oddawała mi conajmniej dwa razy. Nilka otworzyła oczy patrząc na mnie jakby chciała mnie udusić, poćwiartować i rzucić wilkom na pożarcie. Ponownie złapałam ją za ramiona potrząsając nią w błagalnym geście.
- Przepraszam. Przeprasza. Potem będziesz mi mogła oddać ile tylko razy będziesz chciała, ale w tej chwili błagam cię pomóż mi rozdzielić tych dwóch idiotów...
PLASK.
Jej prawa dłoń uderzyła w mój lewy policzek z siłą imadła. Tak właściwie... zasługiwałam. Tylko czemu do cholery jasnej teraz?!
- LEPIEJ CI?! - wydarłam sie na nią. Ona tylko spojrzała na mnie z wyższością i zaciśniętymi w cienką linię ustami po czym wysyczała:
- Tak. Teraz mi lepiej.
- Więc weźmy się do rzeczy! - powiedziałam stanowczo ciągnąc ją za łokieć w stronę walczących debili. Jednaki kiedy stanęłyśmy już wystarczająco blisko żeby ich dotknąć to tak jakby trochę nie wiedziałam co możemy zrobić.
- I co ter... - nie zdążyłam dokończyć ponieważ Julia wykorzystując moment, w którym Harry i Pierre na chwilę się rozłączyli bezceremonialnie pchnęła mnie między nich. Leżąc tak pomiędzy nimi na zimnej trochę zakrwawionej posadzce uświadomiłam sobie, że to może być chwila mojej śmierci i że się boję, i chcę do mamusi.
- Now you're laying on the cold hard ground. - powiedziała Julia. Spojrzałabym na nią spod byka tylko, że Harry i Lavelle znów postanowili się na siebie rzucić nie zwracając żadnej uwagi, że leżę między nimi i z całą pewnością mogliby mi zrobić krzywdę.
- Stop! - wydarłam się patrząc na obydwu wściekłym wzrokiem. Oboje wyglądają jakbym właśnie dała im obu w mordę mikrofalówką. Ok znaczy to tyle, że obudzili się już z tego dziwnego męskiego szału, w który faceci wpadają kiedy można komuś skopać dupę (faceci i niektóre laski grające w reality show typu ,,Ekipa z Warszawy''). Podniosłam się do pozycji siedzącej ciągnąc ich obojgu za karki żeby poszli w moje ślady.
- Nienawidzę was. - mruknęłam wkładając twarz w moje dłonie, to dziwne bo na obu ramionach poczułam męską rękę. Szkoda tylko, że obie te dłonie należały do dwóch różnych facetów.
*jakiś czas później*
- Jestescie idiotami. Do kwadratu albo nawet do sześcianu. Nie mogliście tego załatwić jak ludzi tylko trzeba był od razu jak jacyś bezmózdzy neandertale iść na siebie z łapami... Nie dotykaj mnie. - powiedziałam do Harry'ego, który już od 10 minut przez, które siedzimy we trójkę na klatce schodowej próbował mnie jakoś udobruchać. W tej chwili Pierre akurat zachowywał się lepiej chociaż mógłby przestać spoglądać na mnie oczami zranionego szczeniaczka. Sprawa ma się tak, że ja siędze tutaj z chłopakami i daję im wykład, a Juli i Niall sprzątają mieszkanie Francuza. Zawsze spoko. Przedtem zdążyłam jeszcze opatrzyć obu frajerów. Francuz skończył z podbitym okiem i zbitym nosem, z którym miałam najwięcej problemy bo dopiero przed chwilą przestała z niego lecieć krew. Harry za to miał rozwaloną wargę i rozwaloną brew. Oboje mieli też kilka pojedynczych siniaków i zadrapań.
- Daisy ja... - Pierre zaczynał coś mówić, ale Harry mu przerwał.
- Zamknij się i nie mów tak do niej, możesz się do niej zwracać przyszła pani Styles żabyś wiedział gdzie twoje miejsce niedoszły doktorku. - wysyczał Styles odwracając głowę w stronę Lavelle i zabijając go wzrokiem. Za to ja... ja właśnie zabijałam Harry'ego wzrokiem.
- Zamknij się Styles. Powiedziałam to ja... CRIMSON. DAISY CRIMSON. - warknęłam. - I Harry... mógłbyś sobie iść?
- Co? - zapytał z niedowierzaniem. Jajco palancie.
- Słyszałeś.
- Ale...
- Harry chce coś wyjaśnić. - wycedziłam - A tobą kieruje zazdrość nie chcę żebyś przerywał mi swoimi głupimi tekstami. - wyjaśniłam. Spojrzał na mnie zranionym wzrokiem, ale się podniósł. Podniósł się bez słowa i wszedł do mieszkania Pierra najprawdopodobniej mimo wszystko pomóc Niallowi i Juli.
Odwórciłam się w stronę Lavelle świdrując go wzrokiem.
- Słuchaj... - znowu zaczynał, ale tym razem ja mu przerwałam.
- Nie to ty mnie posłuchasz Lavelle. Mam dość jasne? Ty i moja ciotka coś sobie ubzduraliście i najpierw nie sądziłam, że potraktujecie to tak cholernie poważnie. A potem ty zrobiłeś te wszystkie rzeczy i teraz uważam cię za kompetnego dupka. Dupka rozumiesz? I zasłużyłeś sobie na to. I jesli myślisz, że jakakolwiek dziewczyna poleci na to, że spróbujesz ją sobie przywłaszczyć i będziesz mówił, że i tak będzie twoja to wybacz, ale ta dziewczyna będzie idotką, a niestety nie można ci odmówić inteligencji więc to było by dziwne gdybyś marnował się z jakąś dziumdzią. Co mam ci jeszcze powiedzieć żebyś się odpierdolił... dupku.
- MOŻE NIE BYŁBYM TAKIM DUPKIEM GDYBYŚ TY NIE BYŁA DLA MNIE TAKĄ ZOŁZĄ! - wrzasnął nagle waląc swoimi plecami o ścianę. Spojrzałam na niego zdezorientowana. Tak nie będziemy rozmawiać francuzka kupo.
- JA JESTEM ZOŁZĄ? JA??? CÓŻ MOŻE JA NIE BYŁABYM ZOŁZĄ JEŚLI JAKIŚ STUYDENCIK MEDYCYNY BY SIĘ DO MNIE NIE DOCZEPIŁ HUH?
- CZY TY GŁUPIA BABO MYŚLISZ, ŻE JEŚLI POWIESZ MI, ŻE MAM PRZESTAĆ BYĆ DUPKIEM TO PRZESTANĘ BYĆ DUPKIEM?! NIE! MOJA ODPOWIEDŹ BRZMI NIE!
- A CZY TY ZGORZKNIAŁY PALANCIE ZROZUMIESZ, ŻE JEŚLI NAZWIESZ MNIE ZOŁZĄ I BĘDZIESZ PRÓBOWAŁ MNIE POCAŁOWAĆ NA SIŁĘ TO CIĘ POLUBIĘ?! NIE! ODPOWIEDŹ BRZMI NIE! NIENAWIDZĘ CIĘ! 
- WŁAŚNIE, ŻE MNIE LUBISZ! WIEM TO NIE WAŻNE JAK BARDZO BYŚ SIĘ WYPIERAŁA!
- WŁAŚNIE, ŻE NIE! PRZECIEŻ POWIEDZIAŁAM, ŻE CIE NIENAWIDZĘ!
- NIE OKŁAMUJ SAMA SIEBIE! WIEM, ŻE MNIE LUBISZ MOŻE NIE KIEDY ROBIĘ CI TE WSZYSTKI RZECZY, KTÓRYCH NIE CHCESZ, ALE TAK OGÓLNIE TO MNIE LUBISZ! MOŻE NIE TAK JAKBYM CHCIAŁ, ALE KOGO TO OBCHODZI! I WIESZ CO?! COŚ CI TERAZ POWIEM! W TEJ CHWILI MÓWISZ, ŻE MNIE NIENAWIDZISZ, POMIJAJĄC FAKT, ŻE OKŁAMUJESZ W TYM SAMĄ SIEBIE, ALE TAK NAPRAWDĘ NIGDY NIE DAŁAŚ MI SZANSY! NIGDY NIE CHCIAŁAŚ MNIE NAWET POZNAĆ! SERIO NIGDY NIE ZASTANAWIAŁAŚ SIĘ CZY ROBIĘ TO WSZYSTKO CO ROBIĘ Z WŁASNEJ WOLI CZY MOŻE KTOŚ CHCE ŻEBYM TO ROBIŁ? ZAPEWNE NIE. I TAK JESTEM DUPKIEM TO U MNIE CHARAKTERYSTYCZNE, ALE CHOCIAŻ NIKOGO NIE UDAJĘ! CO NIE ZNACZY, ŻE BAWIĘ SIE W TĘ CAŁĄ SZOPKĘ Z TOBĄ DLATEGO, ŻE JA COŚ SOBIE WYMYŚLIŁEM! MOI RODZICE I TWOJA CIOTKA WYMYŚLILI SOBIE ŻEBYŚMY BYLI RAZEM, NIE WIESZ JAKIE TO WKURZAJĄCE KIEDY KTOŚ WYWIERA NA TOBIE PRESJĘ W TAKIE SPRAWIE! MOJA WŁASNA MAMA DZWONI DO MNIE TYLKO PO TO ŻEBY ZAPYTAĆ ,,CZEŚĆ SYNU! JAK TAM Z DAISY?''! NIE OCHODZI JEJ JAK JA SIĘ CZUJĘ, JAK MI IDZIE NA STUDJACH ALBO CZY MAM W LODÓWCE JEBANE MLEKO TYLKO CZY UDAŁO MI SIĘ WRESZCIE PRZEKONAĆ DO SIEBIE DAISY. - przerwał na chwilę żeby wziąść oddech - Daisy ja cię lubię. Mówię teraz zupelnie poważnie. Wiem, że masz chłopaka i rozumiem to. Pewnie sam bym was shippował gdybym cię nie lubił. Tylko nie zrozum mnie źle, nie chce żebyś mi kogoś znalazła tak jak mojej siostrze bo ona zawsze była za miękka, a ja zamierzam dalej pozostac zimnym draniem. Chcę tylko powiedziec, że... poddaję się. Okey? Poddaję powiem rodzicom żeby znaleźli kogoś innego kogo będę zmuszał do związku. Kogoś kogo nie polubię. Pewnie znajdą jakąś zarozumiałą, naburmuszoną siksę ze średnią 6.0 na świadectwach przez całe życie i wielkimi cycami. Już nie mogę się doczekać.
...
...
...
To właśnie ten moment w książce, w którym głowna bohaterka uświadami sobie jak bardzo ona i jej arcy wróg są do siebie podobni. Tak własśnie to powiedziałam... w sumie pomyślałam. Podobni. To nierealne, ale ja i Pierre jesteśmy podobni to znaczy to na 100% nie to co z Niallerem. Pierre i ja to raczej moja gorsza strona. Zresztą nieważne, podobieństwo to podobieństwo. Poza tym... on ma rację. Zawsze widziałam w nim debila, który obrał sobie za życiowy cel nękanie mnie - biednej, dziwacznej sierotki. Nigdy nie pomyślalam, że jego rodzice i moja ciotka mogą maczać w tym palce bardziej niż poznać mnie z nim na jakimś tam weselu. Tymczasem on musial wysłuchiwać jak to ma mnie podejść. To chore.
Przysunęłam się do niego i położyłam głowę na jego ramieniu. Tak wiem to mogłoby romantycznie wyglądać, ale tak nie jest. Bo to nie Pierre jest facetem, który wziął sobie 1/4 mojego serca, jednak myślę, że ja i on moglibyśmy nawet zostać ,,wrednymi przyjaciółmi'' jeśli wiecie co mam na myśli.
- Masz rację. We wszystkim tym masz rację Pierre. I chyba teraz lubię cię bardziej. - powiedziałam powoli, a on oparł swoją głowę o moją - Jednak wiesz, że nic by z tego nie wyszło, prawda? - zapytałam dla upewnienia spglądając na niego tak jakbym mogła go zobaczyć, bo uwzględniając naszą pozycję nie mogłam. Dzięki mózgu, jesteś wielki.
- Nawet nie wiesz jak bardzo. Tak właściwie w normalnych okolicznościach też bym raczej do ciebie nie startował. Nie chodzi tylko o to, że masz chłopaka. Po prostu raczej nie milibyśmy szans przetrwać z takimi charakterkami. Dawałbym nam góra miesiąc, potem któreś z nas zabiłoby drugie w czasie snu i rzuciło ciało pod koła pociągu. Zgaduję, że ja bym to zrobił, ale to tylko szczegół. - powiedział, a ja sie zaśmiałam jednocześnie go szturchając. Idiota.
- Proszę, prosze ktoś tu potrafi być całkiem zabawny. - zaszydziałam.
- Zawsze byłem zabawny w ten mój chamski sposób tylko tego nie zauważałaś bo byłaś za bardzo zajęta ,,nienawidzeniem'' mnie. - sprecyzował.
- Ale wciąż jesteś bardzo skromny.
- No wiem. Jestem perfekcyjny. - wymruczał. Odsunęłam się od niego i odwróciłam twarz w jego stronę, a on zrobił to samo. Wtedy wpadłam na pomysł. Czemu by nie? Przecież jestem Daisy Crimson.
Wyciągnęłam do niego prawą rękę.
- Cześć. Jestem Daisy i lubię Kubusia Puchatka.
Co za piękny zwrot wydarzeń. Moje całe życie to jakaś piepszona telenowela.
Francuz niepewnie uścisnął moją dłoń mówiąc:
- Jestem Pierre. Miło mi cię poznać Stokortko.
- Nie podrywaj mnie. - mruknęłąm ostro.
- Ok.
- A więc Pierre... myśle, że pomijając to, iż wpierdzieliłeś mojemu chłopakowi i jeszcze kilka chwil temu chciałam cię zabić to... możemy zostać przyjaciółmi. - powiedziałam posyłając mu uśmiech.

***

- Chyba sobie żartujesz... - syknął Harry kontunułując swoje chodzenie w kółko po mojej sypialni. A ja po prostu sobie stałam słuchając jego wywodu na temat tego jak bardzo nieodpowiednia jest moja relacja z Pierrem. Super. Na razie powiedziałam tylko, że ja i on możemy zostać przyjaciółmi, a mój chłopak już ma ból dupy. Powód 842783432746 dla którego moim planem na życie zanim poznałam Harry'ego było zostanie starą panną i kupienie sobie 30 kotów.
- Nie rozumiem o co ci tak właściwie chodzi... - zaczęłam, ale mi bezczelnie przerwano. Znowu.
- O co mi chodzi? Serio Daisy? Pytasz o co mi chodzi? Cóż... może chodzi mi o to, że moja dziewczyna ukrywała przede mną fakt, że napastuje ją jakiś facet, a po tym jak sie z nim pobiłem ona mówi, że on może być nawet jej przyjacielem. Tak. Może o to mi właśnie chodzi. - mówił hamując swoją złość i świdrując mnie swoimi zielonymi oczami. Chyba nawet udało mu sie wywołać u mnie poczucie winy, jednak nie na długo.
- Nie chcesz żebym kolegowała się z Pierre'm? - spytałam sucho umieszczając moje ręce na moich biodrach w geście obronnej irytacji. Obronna irytacja? Jestem mistrzem.
Po chwili Harry stanął jakieś 3 metry przedemną przybierając taką samą pozycję co ja.
- Nie. - odpowiedział równie cierpko co ja.
- No to mamy problem. Bo nie będziesz mi mówił z kim moge się przyjaźnić, a z kim nie. - odpowiedziałam mu i po prostu wyszłam z pokoju.
*jakiś czas później*
- No dalej! Uda ci się! Pamiętaj, że trzmamy za was kciuki. - powtarzał cały czas Niall pachając mnie w stornę mojej sypialni, z której Hazza nie wyszedł od czasu naszej... wymiany zdań. Kiedy już byliśmy przed drzwiami Niall odwrócił mnie w swoją stornę i zpałapł za policzki.
- Wierzę w ciebie. Kto jest dużą dziewczynką tatusia? Tak ty.
Co on pierniczy?
- Niall dobrze sie czujesz? - spytałam zmieszana. Tak właściwie miałam ochotę zmierzyć mu gorączkę i jechać z nim do szpitala w Alabamie żeby się leczył na Chorobę Skaczącego Francuza z Maine czy coś nawet jeśli tego nie ma. W tej chwili zrobiłabym wszystko żeby tylko nie iść do sypialni.
- Szczerze? Nie. Jednak na pewno poczuję sie lepiej kiedy prozmawiasz z Harry'm. - powiedział po czym otworzył drzwi i wręcz wepchnął mnie do pokoju. Kretyn! Zaczęłam szarpać za klamkę puszczając jednoczęśnie wiązkę przekleństw i obrażając Nialla w każdy możliwy sposób, ale potem usłyszałam szczęk klucza i zrozumiałam, że właśnie zostałam udupiona ze Stylesem w jednym pokoju. Zejbiście. Raz kozie śmierć. Kiedy odwróciłam się w stronę Harolda okazało się, że chłopak po prostu leży na moim łóżku z założonymi rękoma i tępo gapi się w wyłączony telewizro. Och i zupełnie nie zwraca na mnie uwagi.
Powoli podeszłam do łóżka i ostrożnie położyłam się obok niego licząc, że to wywoła jakąś reakcję. Dla sprecyzowania - nie wywołało.
- Hazz... - mruknęłam.
I nic. Cisza. Kurwa jak ja nienawidzę ciszy.
- Jesteś zły? - spytałam drżącym głosem.
Dalej nic.
- Jesteś smutny?
...
- Odezwiesz się?
...
- Dlaczego sie nie ruszasz?
...
- Uraziłam twoją piepszoną męskość?
...
- No dobra przepraszam nawet jeśli miałam rację mogłam to inaczje powiedzieć.
...
- Harry?
...
- Powiedz coś do jasnej cholery! - wybuchłam. Co jak co, ale neinawidzę być ignorowana.
- Zamknij się. - wychrypiał.
Co???
- Słucham? - psinęłam.
- Powiedziałem żebyś się zamknęła. - odpowiedział odwracając swój pusty łeb w moją stronę.
- Nie. - powiedziałam hardo mierząc sie z nim wzrokiem.
Zaśmiał się.
- Co w tym takiego śmiesznego? - spytałam z irytacją.
- Zawsze musisz zrobić mi na złość, nie? - spytał ,ale w jego głosie nie słyszałam złości. Słyszałam tylko cierpką kpinę. Okey czyli najechałam na jego wielkie ego.
- To nie prawda! - zaprzeczyłam. Chociaż...
- Właśnie, że tak! Dotarło do mnie, że nie będe ci dobierał przyjaciół. Dotarło. Dotarło też to, że jesteś silną niezależną dziewczyną. Ale po głębszym zastanowieniu doszłem do tego, że zawsze robisz tak jak ja nie chciałbym żebyś zrobiła i to do mnie nie dociera. Związek to zespół, a ty nigdy mnie nie słuchasz.
- Och serio będziesz teraz wyciągał wszystkie sytuacje z przeszłości? - spytałam w niedowierzaniu. Spojrzał na mnie unosząc swoje brwi.
- Daisy mogłabyś mnie czasem brać na poważnie? - spytał nagle.
- Biorę cię na poważnie!
- Tak? To szkoda, że tego nie odczuwam. - mruknął znów się ode mnie odwracając tylko tym razem plecami. Mhm. Błagam tylko się na mnie nie obrażaj.
- Harry! - zaskomlałam przytulając się do jego pleców. No cóż to chyba jest ta chwila, w któreh główne bohaterka chowa swoją dumę czy coś.
- Co? - fuknął.
- Czego ode mnie oczekujesz? - zapytałam, a on znów gwałtownie odwrócił się w moją stronę.
- Żebyś zaczęła traktować nasz związek poważnie. - odpowiedział bez zbędnych ceregieli poraz 1822713876 tego dnia świdrując mnie wzrokiem.
- Poważnie? - spytałam zamyślona.
- Tak. Tak właśnie powiedziałem...
Okey.
Poważnie.
Ciekawe jak brzmi u niego definicja ,,poważnie'' bo u mnie to...
Wyciągnęłam telefon z kieszeni i zaczęłam szukać w moich kontaktach odpwoiedniego numeru.
- Co ty robisz? - spytał zdziwiony Harry przyglądając mi się z zaciekawieniem.
- Teraz ty się zamknij. - syknęłam przystawiając telefon do ucha.
Jeden sygnał. Drugi. Trzeci. Czwarty. Piąty. No kurde mole odbierz.
- Cześć. - odezwał się głos po drugiej stronie.
Chcesz poważnego związku Hazz? To go kurwa dostaniesz.
- Cześć mamo. - odparłam spoglądając na Harry'ego, który nagle zrobił się jakiś taki... bledszy i mniej pewny siebie. - Zapytam prosto z mostu. - dodałam.
- Tak? Mama zabić tego twojego chłopaka? Jeśli coś zamlował słowo daję przejadę jego i ten jego zespolik, a potem rozstrzelam ich z wiatr...
- Nie. Nie mamo. Nic nie zamlowal. Chciałam tylko spytać czy nie chciałabyś go poznać?
- Robi się poważnie? - spytała podejrzliwie.
- Nawet nie wiesz jak... poważnie. - mruknęłam z diabelskim uśmiechem. Nikt nawet nie wie jak bardzo to satysfakcjonujące kiedy Harry'emu opada szczena.
- Mamo! - krzyknęła moja mama - Powiedz tatusiowi, że jedziemy poznać tego piosenkarza Daisy! - znów wrzasnęła tak, że musiałam oddalić telefon od ucha - Jesteś w NY? - spytała mnie.
- Tak. - odpowiedziałam.
- To sie zbieraj. Będziemy za 3 dni. Kocham cię. Papa. - powiedziała i się rozłączyła.
Spojrzałama z leniwym uśmiechem na sparaliżowanego Harry'ego i posłałam buziaka w jego stronę.
- Coś ty zrobiła? - zapiszczał nerwowo przeczesując ręką swoje loki. Ojej ktoś tu przeżywa załamanie.
- Jesteś taki słodki jak się denerwujesz. - mruknęłąm i pocałowałam go w nos.
- Co?
- Jajeczko. - mruknęłam przytulając się do niego klatki piersiowej tak, że musiał się położyć, ale chyba dał za wygraną bo też mnie objął. I leżeliśmy tak przez jakieś 10 minut w ciszy.
- Pierre cię skrzywdzi... - zaczął naglę. OMG znowu.
- Harry. - wycedziałam ostrzegawczo.
- ... ale ja będę cię bronił. - dodał. Och to byłoby nawet urocze, ale w takich okolicznościach nie jest.
- Czy możemy porozmawiać o czymś innym niż o Lavelle? - spytałam cierpko.
- Ale powiesz mi jeśli coś będzie się dziać? - zapytał zmartwionym głosem.
- Czemu drążysz temat? - fuknęłam marszcząc czoło.
- Uważam, że za szybko ufasz ludziom. Po prostu martwię się o ciebie okey? I nie lubię tego kolesia, nie wierzę w to jego całe ,,poddanie się''.
- Hazza... - zajęczałam.
- Okey. Okey. Tylko obiecaj, że mi powiesz.
- Powiem.
- Dobra.
-...
-...
-...
- Tak właściwie to wpadłem na nie głupi pomysł. - powiedział nagle jakimś takim zdziebko diabelskim tonem.
- Jaki? - spytałam zaciekawiona.
- Czemu moja mama nie miałaby poznać twojej mamy?
Wiem w co grasz skarbie i mnie to nie rusza.
- Ok.
- Tylko ,,ok''?
- Zasadniczo... tak.
- Jesteś okropna.
- Ej Harry...
- No?
- Będziesz musiał też poznać mojego tatę bo on może poczuć się pominięty jeśli moja mam cię pozna, a on nie. I to jego powinieneś się bać.
Usłyszałam tylko jak ciężko przełyka ślinę. To może być ciekawe.



***


Helle guys! Oto ja! Tak ta okrutna zdzira, która spierdzieliła wszystko i dodaje ten cholerny rozdział po 2 miesiącach przerwy! (bo dziś mijają dwa miesiące) Przez ten czas zdążyłam nawet pomyśleć o zawieszeniu, ale to nie ja. Ja chcę skońćzyć coś co zacznę poza tym zostało mi to zabronione przez niektórych czytelników więc nie zrobię tego. Co oczywiście nie oznacza, że to opowiadanie będzie trwało w nieskończoność. Prawda jest też taka, że nie mam czasu pisać to przykra prawda, ale teraz mam ferie (choć jestem chora okey moje szczęście) więc może być dobrze, prawda? Cóż strasznie sie stęskniłam tak myślę i chociaż ten rozdział jest może wymęczony, ale oddaję go wam. To się porobiło co? Co do biegu wydarzeń w moim opowiadaniu mogę ze swojej strony powiedziec tylko, że wierze w to, że ludzie się zmieniają, ale czy na pewno? No cóż zobaczymy. Och i czytam wasze komentarze nie myślcie, że nie. Wieć ten rozdział jest dodany też, alby niektóre osoby nie posikały się z ciekawości i daltego, że kotś chce kolejną cześć. Kocham was szczałam jak przeczytałam ,,chcemy kolejną część'' i nie mówię tego sarkastycznie jesteście zarąbiści ha ha.

Kochani chcę powiedziec, że nie odpowiadam raczej na pytania w komentarzach nie będę tego raczej robić jeśli ktoś ma jakieś pytanie niech zada mi je na ask'u, który swoją droga znajduje się w zakładce ,,kontakt''. Odpowiem tam na wszystkie pytania, okey? Tylko bez przesady z tym kiedy następny bo moja cierpliwość ma swój kres czasami. A i przeczytałam jeszcze, że szkoda, że tak mało osób czyta mojego bloga cóż jak na mnie wcale nie tak mało SZKODA, ŻE TYLKO GARSTKA Z TEGO KOMENTUJE. Chociaż ja nic od was nie wymagam tylko mam nie pisaną zasadę, że dodaje jak jest ponad 15 komentarzy, a jak jest ponad 20 to w ogóle fajnie i wiecie no ten... miło by było. Dziękuję osobą, które zawsz/często komentują to wiele dla mnie znaczy nie będe tych osób wymieniać, ale was kojarze hah. 
Kocham was wszystkich. Do następnego, który mam nadzieję pojawi sie szybciej.


Proszę o komy!