sobota, 6 grudnia 2014

Rozdział 39

- Kaczuszki. To jest to.
- A jeśli nie będzie lubiła kaczek? - bąknął Zayn.
-A czy znasz jakiegoś niemowlaka, który umie protestować? - odpowiedziała mu pytaniem na pytanie Em przewracając oczami.
- Zawsze może się rozpłakać. - zauważył błyskotliwie Malik.
- Ja pierdziele, Zayn, ale z ciebie maruda.
- Uważaj bo to przejdzie na dziecko. - parsknął Mulat odwracając głowę w drugą stronę.
Zayn Malik lubił być rozsądny i stanowczo nie był obrażalską księżniczką, ale nie da się traktować w ten sposób. Z kolei Emma Bros nie była pewna czego jej chłopak od niej oczekuje. Przecież jako kobieta nie musiała się zgadzać na ślub. Mogłaby zrozumieć jego zachowanie gdyby go wyśmiała, poniżyła przy świadkach albo wylała mu coś na głowę, ale ona tylko, co prawda nerwowo, lecz kulturalnie za każdym razem mówiła stanowcze ,,nie".
- Nie rozumiem po co łazimy po tym parku. - stwierdził Zayn stając.
- Żeby się pokłócić o kaczuszki. - zironizowała Emma.
- A nie pomyślało żadne z was, że może Daisy nie chce być znaleziona?
- Zayn. - powiedziała stanowczo Bros - Ta dziewczyna to jeszcze dziecko. Nawet jeśli nie chce być znaleziona to trzeba ją znaleźć żeby nie zrobiła sobie krzywdy. Rozumiesz?
- To wszystko jest absolutnie bez sensu. - burknął Malik ruszając z miejsca i przy okazji kopiąc leżący na chodniku kamyk. Emma postanowiła nie komentować jego wypowiedzi i dalej uważnie rozglądała się po parku. Szukanie Crimson było prawie  jak szukanie zagubionego szczeniaczka. Tylko, że o szczeniaczku mogli by wywiesić ogłoszenie, a Daisy była człowiekiem. Czerwono-włosą zołzą znaną jako dziewczyna Harry'ego z One Direction. Co by sobie ludzie pomyśleli? Swoją drogą ciekawe co ludzie myśleli o Bros. Ta różowo-włosa lala co naciągnęła Zayna Malika na dziecko. Nie bardzo optymistyczna perspektywa. Mama Emmy też nie była zadowolona. Gadanie. Mama Emmy była totalnie wściekła na swoją córkę. Wpadła w furie i nie rozmawiała z Emmą przez dłuższy czas. I to chyba bolało Bros najbardziej. Brak wsparcia ze strony rodziny i życie w presji. Jak do cholery jej dziecko miało urodzić się normalne skoro jego matka była jednym wielkim kłębkiem nerwów?- Mam pytanie. - stwierdził nagle Zayn.
- Wal.
- To trudne pytanie.
- Już nic mnie w życiu nie zdziwi. - oświadczyła Emma zdmuchując z twarzy kosmyk włosów.
- Czy uważasz, że będę dobrym ojcem?
Emma aż przystanęła z wrażenia. Po prostu wmurowało ją w ziemię.Jak miała odpowiedzieć na  pytanie, na które sama nie znała odpowiedzi?Czy Zayn będzie według niej dobrym ojcem?
- Zayn... -zaczęła niepewnie.
- Nie oczekuję, że powiesz tak. Wiem, że to źle, bo będziemy rodzicami tak wcześnie i prawdopodobnie zabiera nam wiele perspektyw na przyszłość, ale... Kiedy ja patrze na ciebie to wiem, że nie chciałbym wpaść z nikim innym. Chciałbym tylko wiedzieć czy czujesz to samo. - wyznał mulat pocierając kark i uparcie wpatrując się w swoje stopy.
- Ja... ja nie wiem Zayn. - w końcu wykrztusiła skołowana Bros. Czy on musiał ją zawsze tak dezorientować? Miał do tego wielki talent.
- W porządku.
- Co?! - pisnęła.
- W porządku. - powtórzył wolniej i głośniej Zayn. nie za bardzo wiedząc o co jej chodzi.
- Uważasz, że to w porządku, iż nie wiem nawet czy przyszły ojciec mojego dziecka będzie dobrym ojcem?! Co ze mnie za dziewczyna?! Co z ciebie za facet?! Dlaczego to akurat my musieliśmy wpaść?! - zaczęła panikować Emma. Zayn objął jej twarz rękami tak, żeby zamilkła.
- Obiecuję, że damy sobie radę, dobra? Obiecuję. -zapewnił - Możesz mnie nie lubić i nie chcieć wychodzić za mnie za mąż, ale sprawie, że damy sobie radę. Tylko nie pozbywaj się mnie Pinky.
*****
- Co my tu tak właściwie robimy?
- Jaja sobie robisz? Szukamy Daisy.
- Ale dlaczego w szpitalu? - spytał Pierre rozkładając ręce.
Na chwilę zapanowała grobowa cisza.
- Bo to Daisy.
- No... w zasadzie racja. - przyznał Francuz - Nie rozumiem tylko dlaczego Julia wybrała mi ciebie jako partnera i dlaczego zwyczajnie nie pójdziemy spytać w recepcji czy do szpitala nie przyjechała Daisy Crimson.
- Co do tego pierwszego... też się zastanawiam, a co do tego drugiego to... - Styles zastanowił się przez chwilę - Jesteś kimś z rodziny?
- A bycie prawie, niedoszłym narzeczonym i to, że jej ciotka mnie uwielbia się liczy?
- Nienawidzę cię. - fuknął Harry ze zrezygnowaniem kręcąc głową.
- Wzajemnie. Wiem, że mi zazdrościsz. No dobra. Może i nam nie powiedzą, ale po tym co pomyślał sobie ten ginekolog, który próbował nam wmówić, że ja i ty jesteśmy parą śmię wątpić, że uda nam się ją znaleźć węsząc tu ,,na agenta". - stwierdził Lavelle zaglądając do kolejnego pomieszczenia.
- A masz jakiś lepszy pomysł?
- Wątpisz?
- Nie?
- Nie flitruj ze mną. - mruknął Pierre po czym odłączył się od Harry'ego i z uśmiechem kasanowy po przejściach ruszył w stronę dwóch młodych pielęgniarek stojących przy drzwiach najbliższego gabinetu. Musieli prowadzić bardzo twórczą i  inteligentną rozmowę, ponieważ pielęgniarki co chwilę chichotały. W zasadzie cały czas chichotały, jeśli nie liczyć małych przerw na wypiszczane odpowiedzi. Ah! ci przystojni Francuzi.Po dłuższej chwili Pierre znów zjawił się obok Stylesa z wyrazem zwycięstwa wypisanym na twarzy.
- Kto jest mistrzem? - zapytał rozkładając ręce.
- Daisy. - oświadczył jego lokowaty towarzysz.
- To też, ale w tej chwili to ja.
- Co z nią?
- Nie ma jej tu. I nie było w najbliższym czasie. A teraz trochę lepsze wiadomości. - powiedział pocierając kark z niepewną miną. - Nie dostałem tych informacji za darmo. W zamian idziemy na kolację z tymi dwoma paniami. Ale spokojnie. To twoje fanki. Wiedzą, że jesteś zajęty. Chcą tylko miło spędzić z nami czas. W gorszej sytuacji jestem ja, bo jestem seksowny, przystojny, bogaty i do wzięcia.
- Zaraz ci przyłożę. - oświadczył beznamiętnym tonem Harry ze zniecierpliwieniem pocierając swoje knykcie.- Stary, zawsze wiedziałem, że zostaniemy najlepsiejszymi kumplami na świecie.
*****
- No i chuj. - mruknęła Elen popijając łyk herbaty.- Nie widzę tu chuja. - powiedziała spokojnym, ale lodowatym losem Ellie, popijając swoją gorącą czekoladę.
- Jak ty mnie niemiłosiernie wkurzasz. - zirytowała się rudowłosa patrząc ostrzegawczo na blondynkę.
- Wybuchowa jesteś.
- Czy sugerujesz mi coś związanego z moimi włosami?!
- I przewrażliwiona. - dodała Lie.
- Jeśli chodzi ci o mój kolor włosów... - zagroziła Tuch, mrużąc oczy.
- A daj spokój. Nie jestem tak ograniczona. - odpyskowała jej rozmówczyni.
- Sugerujesz, że jestem ograniczona?!
- Jezu. - mruknął Louis pocierając skroń, tak jakby to miało choć trochę złagodzić jego nasilający się ból głowy. Dlaczego do jasnej ciasnej, ta tyranka, Nilka skazała go na poszukiwania czerwonowłosej zguby z jego zdziebko agresywną byłą i jego spokojną aczkolwiek niedającą sobie w kaszę dmuchać żoną?! Bonusikiem do sytuacji było to, że obie panie jawnie nie pałały do siebie sympatią. Tomlinsonowi nawet by to może schlebiało, ale problem polegał na tym, że nie chodziło im o niego. No, przynajmniej nie w tym sensie co można by się było spodziewać. Kiedy Ellie była na ,,tak" to Elen była na ,,nie", a kiedy Tuch była na ,,tak" to Lee(*) była na ,,nie". Zgadzały się tylko w jednym aspekcie. Obie stwierdziły, że się nie lubią, nie polubią i przede wszystkim działają sobie na nerwy. Najdziwniejsze było to, że potrafiły się kłócić dosłownie o wszystko. Na miłość chwalebnych marchewek przecież one prawie nie pobiły się w Starbucksie o to czy herbata czy gorąca czekolada jest napojem bogów. Louis miał ochotę zwiać w siną dal i nigdy więcej nie pokazywać się z nimi w miejscu publicznym, jednak nie mógł tego zrobić bo po pierwsze Julia chyba by go zabiła, po drugie wyszedłby na ciotę, a po trzecie nie przyczyniłby się do znalezienia jego czerwonowłosej zguby.
- Co jeśli jej nie znajdziemy? - bąknął niewyraźnie Lou mieszając łyżeczką w swojej kawie. Obie dziewczyny w jednej chwili odwróciły głowy w jego stronę i wbiły w niego lodowate spojrzenia.
- Nie ma takiej opcji. - syknęły jednocześnie.
Oh... kolejna rzecz w której się zgadzają. Może jednak nie będzie tak źle.
- Przeszukaliśmy już chyba wszystkie księgarnie i biblioteki w Londynie. - stwierdził wciąż zrezygnowany Tomlinson.
- Jeśli tak myślisz, to masz marne pojęcie o Londynie masterze z Doncaster. - odpowiedziała mu Ellie.
- Powiedziała dziewczyna z Clovelly. - zironizował Louis posyłając jej zadziorny uśmiech, który dziewczyna odwzajemniła.
- Zaraz się porzygam. - oświadczyła Elen niechlujnie rozkładając na stole mapę stolicy. Lee wzniosła tylko oczy ku niebu na co jej mąż jeszcze szerzej się uśmiechnął, ale tym razem z rozbawieniem. Jego blond przyjaciółka była też jego słońcem, słońcem które zazwyczaj było bardzo sympatyczne w stosunku do innych mimo swojej rozbrajającej szczerości, a patrzenie na jej irytacje było po prostu bardzo zabawne. - Może znaleźlibyśmy ją szybciej gdybyście przestali flirtować.
- Nie flirtujemy. - naburmuszyła się Ellie robiąc obrażoną minę i przesuwając mapę w swoją stronę. Lubiła Louisa. Naprawdę go lubiła, ale przynajmniej na razie, tylko jako przyjaciela. Przyjaciela za którego z jakiś dziwnych powodów czuła się w tej chwili trochę odpowiedzialna. I to wcale nie z faktu, że była jego żoną. Po prostu Lee z natury była opiekuńcza, a w jej mniemaniu ten zabawny 20 latek był porządnie niedopieszczony, jakkolwiek by to nie brzmiało. Wrażenie to spotęgowało w niej dodatkowo poznanie jego byłej dziewczyny. Nie, Ellie absolutnie nie umniejszała winy Lou w jego zerwaniu z Tuch, ale jako osoba, która zawsze stawiała siebie po obu stornach barykady nie uważała też żeby El nie miała w nie żadnego wkładu.
- Ona chociaż umie flirtować. - dodał Tomlinson podnosząc wyzywająco brwi, ale szybko się uspokoił, bo robienie teraz scen w miejscu publicznym nie było najlepszym pomysłem.
- Nie komentuję tego. - wycedziła Elen zamykając oczy i wmawiając sobie, że wcale nie chce zabić osobnika płci męskiej siedzącego naprzeciw niej. Zastanawiała się też jak bardzo Julia jej nie lubi skoro przedzieliła jej tę jakże uroczą parkę. Ellie i Louis niby nie byli parą, ale patrząc na ich relację Elen mogła śmiało powiedzieć, że kiedyś pewnie nią będą. Nie mogła też nie porównywać ich do siebie i Louisa jeszcze sprzed jego zdrady. Zastanawiała się czy właśnie kogoś takiego chłopak potrzebował.
- Powinniśmy już iść. - stwierdził Lou po czym wszyscy bez słowa wstali i ruszyli w stronę wyjścia.
*****
- To na pewno tu? - spytał zmieszany Liam patrząc z powątpiewaniem na budynek przed, którym oboje stali.
- Tak, to ten adres. - odpowiedziała mu zniesmaczona Carly.
Oboje wpatrywali się właśnie w obskurnie wyglądającą kamienicę położoną na obrzeżach Londynu. Budynek wyglądał jak siedziba jakiejś źle kamuflującej się mafii, za to na parkingu przed nim stał (ku wielkiemu zdziwieniu Carly i Liama) niemal rozpadający się Bentley, a obok niego nowiutki Jaguar.
- Daisy nie mogłaby tu przebywać. Przecież ona jest maniakiem czystości. - stwierdził Liam zabierając Biprol karteczkę z rąk i jeszcze raz uważnie czytając adres. Dziewczyna miała rację. To tutaj.
- Dziwię się, że komukolwiek chce się tu mieszkać. - powiedziała Carl mimo wszystko ruszając w stronę wielkich drzwi, a Payne ruszył za nią bardzo niepewnym krokiem. Kiedy znaleźli się już przy zardzewiałym domofonie, Carly odnalazła odpowiednie nazwisko i z obrzydzeniem nacisnęła guzik, który (o zgrozo!) zawył jak nienaoliwione drzwi. Po chwili z małego głośniczka wydobył się zachrypnięty męski głos.
- Halo?
- Hej... Tutaj Carly i Liam jesteśmy przyjaciółmi Daisy. Mamy sprawę. - zaczął Liam patrząc na Carly w taki sposób jakby ktoś zaraz miał wyskoczyć z krzaków z piłą motorową.
- Daisy Crimson? - zapytał dla upewnienia facet.
- Ta. - odparł krótko Payne.
- Kali! - wydarł się głos w domofonie - Goście przyszli! Trzeba sprzątnąć wszystkie puste butelki i szisze ze stolika! A wy - zwrócił się tym razem chyba do pary stojącej na dworze - wejdźcie. - dokończył i w tym momencie stare drzwi wydały podejrzany, nieokreślony dźwięk ogłaszający, że właśnie zostali zaproszeni do paszczy lwa. Liam otworzył drzwi na oścież i jeszcze ostatni raz posłał Biprol pytające spojrzenie, na co ona tylko twierdząco kiwnęła głową. No i weszli, nie mając zielonego pojęcia co ich czeka.
*****
- A więc... - urwał Doniu rozłożony na ledwo dogrywającym fotelu we wściekle różową zebrę - Carly i Liam, tak?
- Ta. - odpowiedzieli równocześnie, oboje wiercąc się na bardzo niewygodnej kanapie (w panterkę) i z lekkim przerażeniem patrząc na resztki pizzy leżące na stole przed nimi. Carly dałaby im pół roku, Liam jakieś 2 lata. Mieszkanie znajomych Daisy okazało się zupełnie inne niż się spodziewali. Przede wszystkim było całkiem zadbane, urządzone w bardzo złym i krzykliwym guście, ale zadbane. Widać też było, że zostało porządnie wyremontowane bo kompletnie nie pasowało do zewnętrznego obrazu kamienicy. Tylko ta pizza na stole i walające się gdzieniegdzie męskie skarpetki niszczyły cały efekt.
- Czyli Daisy gdzieś zniknęła i myśleliście, że może przebywa tutaj, tak? - zadał kolejne pytanie pociągając łyka z puszki po piwie, w której podobno teraz znajdował się sok jabłkowy.
- Ta. - znów odpowiedzieli razem, wpatrując się Doniowi prosto w oczy, co może skrępowałoby większość normalnych ludzi, ale nie jego. On był totalnie pozbawiony wstydu i przyzwoitości. Może dlatego Crimson go lubiła. Bo był totalnym dziwakiem.
- Okey... - odpowiedział przeciągle - Jak mogliście zgubić człowieka? - spytał bo to pytanie nurtowało go od czasu gdy para bardzo chaotycznie przedstawiła mu problem. No, i przy okazji też wspomniała kilka razy o swoich osobistych problemach.
- Nie jesteśmy pewni czy ona się zgubiła... - zamyśliła się Birpol bawiąc się swoimi rękami. Tak normalnie mogłaby się pobawić rękami Payne'a, oczywiście gdyby tylko nie był takim dupkiem.
- Ja myślę, że nie. - oświadczył im prosto z mostu.
- Co masz na myśli? - to pytanie padło z ust Liama, który w tej chwili bardzo chciał żeby jego ukochana bawiła się jego rękami, nie swoimi.
- Ona nie jest głupia. - stwierdził zagadkowo Doniu pochylając się i patrząc na nich tak jakby chciał im coś przekazać komunikacją niewerbalną.
- No wiemy.
- Ja też nie jestem.
- Hę? - zmieszała się nagle Carly.
- Aż się boję tego co macie w domu. - odpowiedział jej mężczyzna odstawiając pustą już puszkę na stole.
- Nie rozumiem. - oświadczyła Carly marszcząc czoło ze zdenerwowania. Czuła się tutaj dziwnie nieswojo i bała się tego co może im powiedzieć ten bęcwał siedzący przed nią. Cokolwiek to miało być.
- Narkotyki pozwalają człowiekowi znaleźć głębie. Kiedy znajdziesz głębie potrafisz podejść do problemu filozoficznie i - tu na chwilę się zatrzymał, aby dobrze go zrozumieli - człowiek zaczyna inaczej patrzeć na świat.
- Co? - Liam w tej chwili był już naprawdę skołowany.
- Może jestem nieczułym pijakiem. - oświadczył im Doniu - Ale nawet ja widzę i wyczuwam atmosferę chociażby między wami i normalnie sam poczułem się skrępowany. Wieje od was lodem. Na kilometr. Lodem i burzą. Taka pogoda źle wpływa na ludzi. Dodajcie do tego aurę waszych innych skłóconych znajomych i bum! Crimson miałaby świetny powód, aby zniknąć.
- Chrzanisz. - stwierdziła Carly i zaczęła się szykować do wyjścia, ale facet powstrzymał ją ruchem ręki.
- Ty też, siostro. Jesteś spięta jak cholera. Wyluzuj. Nikt cię nie pożre, jestem dobrze odżywiony. - powiedział. - Kali! - zawołał - Przynieś, proszę, przedmioty szczęścia!
- Przedmioty... co?
- Szczęścia. - wytłumaczył Doniu. - Więc, jeszcze raz, jaki jest wasz problem?
- Jeśli myślisz, że będziemy ci się zwierzać to... - mówił Liam, kiedy Carly mu przerwała.
- Nie stanął po mojej stornie. A potem bawił się z modelkami.
- Wcale nie! - zaprotestował Liam wyrzucając ręce w górę.
- Rozumiem. - stwierdził Doniu. - Pomogę wam. - dodał pewny swojej racji.
- Niby jak? - warknął Payne.
- Najpierw was odprężę. - odpowiedział mu.
- Niby jak? - powtórzył Liam.
- Tak jak zawsze. - oświadczył Doniu z cwanym uśmiechem dokładnie w momencie, gdy jego dziewczyna stawiała tureckie fajki wodne na stole.
*****
- Super. - powiedziała zdenerwowana Juli stukając palcami o blat stołu.
- Nie narzekaj, kochanie, mogło być gorzej. - powiedział do niej Niall.
- Czyli jak? - zadała mu pytanie czarnowłosa - Z poszukiwań Daisy mamy tylko rozemocjonowaną Zemmę, ućpaną Larly i skłócony trójkącik. Zero Daisy. Zero rezultatów.
- Popatrz na to z innej strony. Ućpana para to zabawna para, skłócony trójkącik jest niezwykle grzeczny, a Zemma jest zajęta wybieraniem koloru ścian do pokoju ich dziecka.
- Niby tak, ale dalej nie ma Daisy.
- Na waszym miejscu to bym jej nie szukał. - wtrącił się Mark idący własnie do swojego tymczasowego pokoju.
- Co? - odwróciła się w jego stronę Julia zastanawiając się co młody może mieć na myśli.
- Zupełnie nic. - odpowiedział tajemniczo chłopak i zniknął jej z pola widzenia.
To było dziwne.




*****
*Ellie ma na nazwisko Lee - czyli jest Ellie Lee, a jej zdrobnienie to Lie

Przeprasza za wszystko i za to, że końcówka nie jest sprawdzona. Pozwólcie, że nie skomentuję swojej niekompetencji.



czwartek, 25 września 2014

Rozdział 38

(z mojej perspektywy)
- Daisy wszystko w porządku? - spytała już chyba 63356 raz Ellie przyglądając się z troską jak od 15 minut mielę jedną frytkę.
- Nienawidzę facetów. Nienawidzę. Pierwszy ma jakieś napady zazdrości, drugi ględzi jak potłuczony bo wpakował się w szambo, trzeci wziął sobie nieplanowany, ba niechciany ślub, czwarty zmienia zdanie szybciej niż jego kobieta w ciąży i sobie ubzdurał, że chce się chajtać, a piąty nabroił, dostał zrypy od pierwszego i teraz chowa się jak zwykły tchórz. Czy wspominałam już, że ich nienawidzę? - mamrotałam cały czas. No bo za jakie grzechy to mnie przyszło to znosić?! Przecież przez całe życie udaję, ze jestem grzeczna!
- Wpadła w trans. - mruknął Harry, który już chyba przyzwyczaił się do moich reakcji alarmowych i teraz tylko głaskał mnie po ramieniu.
- Zayn czemu płaczesz? - spytał nagle Pierre mulata. (Pierre co prawda przestał jojczyć, ale za to patrzył pustym wzrokiem w przestrzeń z miną narkomana na głodzie. I nie wiedzieć czemu domalował sobie wąsy sosem musztardowym.)
Malik rzeczywiście płakał, a jego łzy skapywały na kolejną bułę która jadł, a pochłonął ich już całkiem sporo.
- Bo ta piepszona kawa poparzyła mi już cały przełyk.
Kiedy tylko to powiedział wzięłam gorący kubek do reki i pociągnęłam ogromnego łyka.
Boże jak boli.
- Daisy! - oburzył sie Harry wyrywając mi kubek z ręki - Pomijając fakt, że to strasznie gorące... Przecież ty nienawidzisz kawy! Dlaczego to zrobiłaś?
- Pokutuje. - pisnęłam. Teraz z moich oczu też leciały ciurkiem łzy. Poparzyłam sobie cały przełyk i podniebienie. A teraz niebiosy w ramach zadośćuczynienia... naprawcie ten świat. Zaczynam gadać jak narąbana. Czy w McDonald mają alkohol?
- Zayn czy kawa to jedyny powód twoich łez? - to pytanie zadal Louis.
- Ja chce mieć rodzinę. - załkał Zayn i padł głową w tortille leżącą na stole.
Miałam ochotę go zabić.
Tak dla sportu.
Teraz.
Ale w sumie chciało mi się też do toalety.
Morderstwo czy potrzeba? Co wybrać najpierw?
- Ma ktoś chusteczki? - spytałam.
Potrzeby fizjologiczne wygrały z rządzą mordu.
*****
- Mam pomysł...
- Cudownie.
- Ale musisz mi powiedzieć co o tym myślisz...
- Uważam, że to świetny pomysł.
- Ale nawet ci jeszcze nie powiedziałem co planuję!
- Jestem pewna, że ci się uda.
- Daisy wszystko w porządku?
- Jeśli ci nie wyjdzie zawsze możesz wyprowadzić się na Grenlandię i zmienić imię na Pablo.
- Daisy?
- Lubię stokrotki to takie ładne kwiatki nie sądzisz? Ale śmierdzą jak cholera.
- Daisy. - powiedział stanowczo Liam łapiąc moją twarz w ręce i obracając w swoją stronę.
- Liam. - wydukałam.
- Jak sypiasz? Masz temperaturę? Dobrze się czujesz? Boli cię głowa? Między Harry'm i tobą wszystko ok? Masz jakieś inne dolegliwości? Znowu przestałaś jeść? Bierzesz leki na odporność?
- Nie sypiam. Nie. Tak. Trochę. Tak. Nie. Nie. Jakie leki na odporność? - tak brzmiały moje odpowiedzi (i pytanie) na serię pytań z serii ,,Tata Liam". Daddy pokiwał ze zrozumieniem głową unikając odpowiedzi na moje pytanie. Mały spryciarz.
- Chyba masz trochę za dużo na głowie co? - wypalił nagle.
- Nie.
- Chyba jednak tak. 
- Nie.
- Może powinnaś się wyluzować i zając sobą.
- Nie.
- Myślę, że tak.
- A ja, że nie.
- Daisy zamierzam oświadczyć się Carly.
Drżącymi rękami wyjęłam mój telefon z kieszeni i wybrałam numer do jedynej osoby, która przyszła mi do głowy.
- Halo?
- Pinkod? Mamy problem. - załkałam.
*****

- Pinkod co ty zrobiłbyś na moim miejscu?

- Zawsze mogę ci pomóc w...
- Nie. Nie możemy wpakować ich do do jednej szopy, a potem jej podpalić.
- Skąd wiedziałaś co chcę powiedzieć?
- Jesteś pewien, że to nie ty robiłeś z moją mamą ekhem 20 lat temu?
- Twoja mama jest laską, a ja na studiach wygrałem nagrodę dla brzydkich frajerów.
- Też jestem frajerką i nie jestem ładna.
- W takim razie nie jestem pewien.
Ja i Pinkod leżeliśmy właśnie pod drzewem w parku zalewając smutki sokiem o smaku pietruszki. Sok był wstrętny, ale w dobrym towarzystwie było mi wszystko jedno.
- Pinkod ja czuję, że moja ekipa się wali. A jak coś się wali to nie jest super, hiper the best of life story.
- Co sądzisz o wyjeździe do Meksyku? I o założeniu plantacji marychy? Full legal mam na myśli.
- Sądzę, że nie po to dostałam się na Oxford... - mruknęłam. Chociaż... Może... Meksyk, marycha i te ich fajne imiona...
- Dlaczego oni się teraz uparli na te śluby, co? Gdyby Hazz mi się teraz oświadczył na 100% powiedziałabym nie i on też o tym dobrze wie! Emma też się nie zgodzi. A co do Carl to nie jestem pewna, ale też nie widzę tego we wszystkich kolorach tęczy. ,,Nabroiłem to się chajtnijmy!" Liam to geniusz. I jest jeszcze Lou. Nie żeby nie podobał mi się jego wybór bo Ellie to anioł z sarnimi oczami, ale oni są ledwo po 20! Czuje się tak bezsilna, że chce mi się wyć!
- A zastanawiałaś się kiedyś czemu oni mówią to wszystko tobie?
W zasadzie to nie.
- Bo w zasadzie z tego co mówisz zawsze latają do ciebie po rade.
No latają.
- Nie czułaś się tym nigdy zmęczona?
Jestem strasznie zorana.
- Pomyśl co by było gdybyś zniknęła na jakiś czas, jak Krzyś z Kubusia Puchatka. Musieliby sobie poradzić sami.
- Pinkod...
- No?
- Kocham cię. Jesteś najlepszym psychologiem świata.
*****
(z perspektywy trzeciej osoby)
- Ale jak? Gdzie? A co jak ona się nie znajdzie? Może coś jej się stało? Trzeba ją znaleźć! Louis ubieraj się, a nie żresz te chrupki! - panikowała Ellie machając rękami i chodząc w tę i z powrotem po kuchni.
- Czy ona może się uspokoić? - warknęła zirytowana Elen.
- Ona chociaż martwi się o TWOJĄ przyjaciółkę. - odwarknął Louis, po czym oboje zmierzyli się wzrokiem który mógłby ciąć metal. Wszyscy wiedzieli, ze Tommo i Tuch nie będą chcieli razem pracować, ale teraz robiło się coraz bardziej niebezpiecznie.
- Może powinniśmy jak zwyczajni ludzie iść na policję... - zaproponował Liam wzruszając bezradnie ramionami.
- Jeszcze nie teraz. - syknęła Carly, która z desperacją głodnego chomika próbowała znaleźć się tak daleko Payne'a jak tylko się dało.
- Poza tym raczej nas tam nie lubią. - mruknął posępnie Lou.
- Ale... - próbował dalej Li, jednak Fioletowa znów mu przerwała.
- Powiedziałam nie. Czego nie rozumiesz w słowie ,,nie"?
W tamtym momencie Zayn spojrzał na nią z takim wyrzutem jakby właśnie zabiła mu kota. To samo powiedziała mu wczoraj Emma kiedy znów zaczął ją przekonywać, ze ślub to świetny pomysł. Był tylko facetem do cholery. Też miał uczucia, a każda jej odmowa łamała jego serce na miliony kawałeczków. Zatem teraz postanowił mieć wszystko w dupie.
- Czy ktoś ma jakiś sensowny pomysł? - zapytała Em wypisująca na kartce miejsca w których mogłaby się znaleźć jej czerwonowłosa przyjaciółka.
- Idźmy na policje. - powtórzył Li.
- Nie pójdziemy na policje ty palancie! - wrzasnęła Carly mierząc w swojego ex/nie ex chłopaka wałkiem.
- Nie musisz się drzeć! - wybuchł w końcu Payne.
- No chyba muszę! Człowiek nie może spuścić innych ludzi z oka bo od razu im odwala!
- Masz na myśli mnie czy Daisy? - zapytał wyzywająco szatyn.
- Może nam opowiesz jak świetnie bawiłeś się w LA? Jakieś selfie? Sweet focie? A może pamiątki?
- To nie ma nic wspólnego z zaginięciem Crimson! - upierał się Liam.
- Może idź na policje żeby poszukali naszego związku!
- Przestań dramatyzować!
- Ja dramatyzuje?! Ja?! To może wracaj do tych zdzir ze słonecznej Californi!
I to był moment, w którym Larly przestali uczestniczyć w rozmowie z Emmą. 
- Ktoś jeszcze? - zapytała znudzona Bros.
- Musimy zacząć jej szukać. - oświadczyła Ellie zabierając Tomlinsonowi paczkę chrupek i nakładając sobie czapkę na głowę.
- A kim ty jesteś żeby przejmować się Daisy? - zapytała z jadem El. Ellie popatrzyła na nią urażonym wzrokiem.
- Znam ja krótko, ale się o nią martwię. Martwię się o wszystkich! - odpowiedziała stanowczo.
- A ja znam ją długo i wiem, że cię nie potrzebujemy. - parsknęła ruda.
- Przestań mówić do Ellie w ten sposób! - zdenerwował się Louis. Nie, nie  pozwoli na to żeby ktokolwiek obrażał Ellie. Tym bardziej jego była ze wścieklizną.
- Och jakie urocze. Bronisz swojej nowej dziewczyny. - zaszydziła El przewracając oczami. Żadna kasjerka nie będzie zajmować jej miejsca w hierarchii. Przynajmniej nie póki Elen oddycha.
- Nie jestem jego ,, nową dziewczyną"! - fuknęła blondynka.
- No właśnie! ONA JEST MOJĄ ŻONĄ! - ryknął z chorą satysfakcją Lou. I to by było na tyle z ich strony w dawaniu pomysłów jak odnaleźć Crimson, ponieważ rozwścieczona Tuch rzuciła się na niego z pięściami. Ellie próbowała powstrzymać ją przez napiepszanie rudej bananem po plecach. Dzieci. Doprawdy banda rozwydrzonych bachorów.
- Zayn? - mruknęła pesymistycznie Emma. Przyszły ojciec jej dziecka strasznie ją męczył. Ona nie potrzebuje papierka żeby stworzyć coś trwałego. Ona potrzebuje tylko miłości, opieki i zaufania.
- Hm. - mruknął pozornie mało zainteresowany Malik.
- Co? - zapytała Emma.
- Mam to gdzieś. - oświadczył obojętnie Zayn wzruszając ramionami.
- Słucham? - zapytała z niedowierzaniem Różowa.
- I tak mnie nigdy nie słuchasz. - powiedział Zayn nonszalancko.
- Ty pizdowaty cieniasie! - wrzasnęła Bros zrywając się od stołu i waląc w niego pięścią - I ty chcesz się żenić?! Chyba cie posrało do samego końca!
I oni też zaczęli się kłócić. 
*jakiś czas później*
- Zamknąć jadaczki! - wrzasnął Harry, który właśnie wkroczył do kuchni w towarzystwie Pierre'a. Był absolutnie i niezaprzeczalnie zmartwiony zaginięciem jego dziewczyny. Właściwie prawie nie wychodził z siebie, ale starał się tego nie okazywać. No, i ku swojemu własnemu przerażeniu potrafił nawet zawrzeć rozejm z Lavelle, który był jedyną osobą, która przejmowała się zaginięciem Czerwonej w stopniu co najmniej podobnym do niego.
Krzyk Stylesa zdołał uspokoić tylko Emme i Zayna. Warto wspomnieć, że oboje byli bliscy powyrywanie sobie nawzajem włosów. Lavelle w akcie poparcie nowego sojusznika wcisnął klakson, który trzymał w ręce w pogotowiu. Tym razem ogarnęli się Carly i Liam. A tak właściwie to głównie Biprol, która w przerwach miedzy próbami wydrapania Paynowi oczy wyrzygiwała mu wszystko co kiedykolwiek spartaczył.Jednak Elen i Louis dalej nie dawali za wygraną. Ellie dała sobie spokój po tym jak Elen próbowała wepchnąć Louisowi do gardła wcześniej trzymanego przez Lie banana.

- Patrz i ucz się od najlepszych. - powiedziała Julia, która razem z Niallem zmaterializowała się obok Stylesa i Francuza.
- CISZA! - ryknęła Nilka z manierą godną wieloletniego kaprala w wojsku.
No i podziałało bo Tomlinson i Tuch zamilkli.
- To moja kobieta. - powiedział z dumą Horan.
- Zamilcz. - szepnęła Juls.
- Dobrze kochanie.
- Nasza mała Daisy zniknęła? - zapytała z bojowym nastawieniem biorąc do ręki parasol - To ją znajdziemy. Choćbym miała przeszukać wszystkie cyrki tego świata. - zarządziła. - Mam już nawet plan.



*****


Przepraszam, że takie krótkie i że zajęło mi to tak dużo czasu, ale w zasadzie powinna się cieszyć, że udało mi się napisać cokolwiek. Miałam już ochotę rzucić ten blog w cholerę, ale teraz obiecuje, że postaram się poprawić. Mam też nadzieję, że nie straciłam wszystkich czytelników i że nie macie mi za złe tego, że tak długo nie pisałam. Po prostu nie miałam ani trochę weny, ale myślę, że teraz będzie już tylko lepiej. Przepraszam jeszcze raz. No i rozdział jest słabej jakości, ale pisałam go 3 miesiące i to we większości na telefonie i tablecie. Daisy zniknęła. Opowiadanie bez głównej bohaterki... Sama się sobie dziwię, że się o to pokusiłam, ale sądzę, że to dobra decyzja. Gorzej z resztą naszych bohaterów. A teraz coś co powinnam zrobić już dawno czyli LA i VB.

Za pierwszą nominacje do LA dziękuję... zabijcie mnie, ale naprawdę nie wiem komu przejechałam wszystkie komentarze z 36 rozdziału i nie mogę znaleźć. Przepraszam, przepraszam, przeprasza,
1. Kolor oczuuu 0.0?
Szaro-zielone.
2. Ulubiona piosenka ? 
Awolnation - Sail
3. Ulubiony film ? 
,,Czy leci z nami pilot"
4. Ulubiony aktor\aktorka?
Emma Stone
5. Fandom ?
#przestałmniebawićtenshit (shit w sensie fandomy)
6. Jaką tematykę blogów preferujesz ? 
Czytam te o bad boyach zazwyczaj, ale czy to sa moje ulubione? Hmmm.
7. Jakie jest twoje życiowe motto ?
Padnij, przeczołgaj się i powstań.
8. Jesteś zakochany\a ? 
Nie.
9. Ile masz lat ?
Mentalnie czy fizycznie?
10. Jakie jest twoje hobby ?
Czytanie, spanie, okupacja empiku, fangirling, shippowanie... Spanie again.
11. Dlaczego założyłaś\łeś bloga ?
Bo chcialam. (bardzo wyczerpujaca odpowiedz)

Za drugą nominację dziękuję Tori Van.

1. Co cię zachęciło do pisania bloga ?
Sama już nie pamiętam, ale prawdopodobnie to, że sama czytałam dużo opowiadań.
2. Jaki jest twój ulubiony kolor ?
Zielony. 
3. Jakie jest Twoje przezwisko?
Tina, Tinuś, Baby Tin, Martyś
4. Jaki masz kolor oczu ?
Zielono-szare.
5. Masz jakieś zwierzątko ?
Yep. Suczkę - Nutkę.
6. Ulubione buty?
Trampki z NewAge.
7. Spodnie czy spódniczki?
No ba. Oczywiście, że spodnie.
8. Do której klasy idziesz po wakacjach ?
Nosek w sosek, everybody.
9. Trambki czy buty na obcasie ?
Hahaha trampki. Moje dotychczasowe próby chodzenia na obcasie to film dokumantalny o kaczce.
10. Jaka jest Twoja ulubiona pora roku ?
Wiosna.
11. Ulubiony/a aktor/ aktorka?
Emma Stone.

Dostałam jeszcze nominację do VB za co bardzo dziękuję babajaga

1. Pałam niewytłumaczalną miłością do kaktusów. W moim posiadaniu mam ich 5 (licząc doniczkami).
2. Mam talent do robienia sobie krzywdy bo jestem łamagą.
3. Zawsze mówię, że jak już będę bogata to chcę torebkę od Louisa Vuittona.
4. W pewnym momencie mojego życia pokochałam kawę, a kiedyś jej nie lubiłam.
5. W zeszłym roku skończyłam szkołę muzyczną i to jeden z moich największych życiowych sukcesów. 
6. Lubię
7. Zbieram te małe stworki z lidla i się nimi jaram. Tak jak moje koleżanki. I kto tu mówi o dojrzałości, huh?

Do następnego kochani.



Prosze o komy!





piątek, 4 lipca 2014

Rozdział 37 (cz.2)

(moja perspektywa)
- Cześć Pierre. - mruknęłam.
- Witaj Pretty Kitty.
- Widzę, że poza Li przyprowadziłeś też mojego brata.
- Jakoś tak wyszło.
- To tego...
- Och daj spokój. - żachnął się po czym mnie przytulił. Pachniał  tak ładnie. Za ładnie. Dlaczego on musi pachnieć tak ładnie.
  Usłyszałam chrząknięcie. Jedno, a potem drugie. To wystarczyło, abym odsunęła się od Francuza na bezpieczną odległość.
  W drzwiach od kuchni stał mój chłopak z miną mordercy, szmatą na głowie i z złowieszczo włączającym się mikserem w ręce. Niecodzienny widok.
- Trzymaj się od niej z daleka jeśli lubisz swoją twarz. - syknął Harry po czym wcisnął mojemu bratu mikser do rąk i zdecydowanym krokiem ruszył w stronę Liama. No własnie Liam wyglądał trochę inczaczej. Zarósł się trochę, zniechlujniał i ogólnie wyglądał jakby coś go bolało. Powinnam go dobić już teraz. Ale Hazzie należy się trochę życiowej rozrywki.
  Kiedy już mój chłopak dotarł do Payne'a wymierzył mu w twarz ze szmaty, którą miał na głowie, a która zdjął przedtem z prędkością światła. Mój Boże. Jesteśmy porąbani.
  Payne spojrzał tylko na niego wzrokiem zranionej salamndry plamistej. Urocze porównanie nawiasem mówiąc.
- Do piwnicy kupo. Już. - warknął mój chłopak głosem nieznoszącym sprzeciwu (czytaj trochę histerycznym piskiem połączonym z jego zarąbistą chrypką). Liamek wiedząc, że zbrodnia jest zbrodnią i jeśli Styles nie zajmie się nim w piwnicy to ja zajmę się nim teraz powlókł się posłuszne w stronę drzwi prowadzących do czeluści Hadesu. Za nim zdecydowanym krokiem zmierzał Harry.
  Wyszło na to, że zostanę tu sama z Pierrem i moim bratem. Kto by się tego spodziewał.
Spojrzałam na blond osobnika z którym byłam spokrewniona spod przymrużonych oczu i prychnęłam. Ah te więzy krwi. Warte tyle co stringi na wyprzedaży.
- Też cię nie lubię Icy. - fuknął Mark. Icy. Tak do mnie mówił. Nadał mi to przezwisko kiedy razem w dzieciństwie oglądaliśmy ,,Klub Winx". Twierdzi, że jestem królową lodu. Mały Smarcik.
- Zaraza.
- Wiedźma.
- Niedorobione jajko.
- Czerwony skunks.
- Śmierdzisz.
- Wyglądasz jak kaszalot.
- Nawet nie wiesz co to kaszalot.
- I co z tego? To jakieś zwierzątko morsko-żyjne.
- ,,Morsko-żyjne"? - zapytałam z kpiną.
- Przynajmniej jestem kreatywny.
- A ja inteligentna.
- Nie był bym tego taki pewnie.
- Nie cierpię...
- Stop. - zarządził nagle Pierre podnosząc ręce w uspakajającym geście - Też mam siostrę i wiem ile mogą trwać takie kłótnię więc zamilknijmy i cieszmy się moim pobytem w deszczowej Anglii.
- Ty tak serio narcyzie? - spytałam.
- Tak. Zasadniczo gdyby nie moja życiowa pewność siebie i kapka samouwielbienia prawdopodobnie teraz siedziałbym w jakimś KFC na kasie i żył na łaskach Jennifer Hillson.
- Kto to do cholery jest Jeniffer Hillson?
- Naprawdę? Serio? Masz gdzieś McDonald i mój nieciekawy koniec, a interesuje cię kto to Jennifer Hillson? - podniósł brwi, a ja pokiwałam głową na ,,tak'' - Może kiedyś ci powiem.
  Mój brat się ulotnił. Zostałam sama z Lavelle. Powinnam czuć się niekomfortowo i dziwnie. Ale wcale się tak nie czułam. Chyba serio lubiłam Pierre'a nawet jeśli przedtem myślałam, że to graniczy z cudem.
  Za moimi plecami rozległo się ciche szuranie i za chwile moim oczom ukazała się opuchnięta i wyglądająca jak piżamowa księżniczka Carly. Fioletowa zmierzyła Pierre'a i mnie wzrokiem.
- Kto to? -spytała.
- To Pierre. Pierre to Carly. - przedstawiłam ich sobie.
- Miło poznać. - przywitał się mój przyjaciel wyciągając w stronę Carly rękę. Biprol utkwiła wzrok w jego ręce zastanawiając się chyba czy na pewno powinna to zrobić. Och rany miała go tylko uścisnąć za rękę!
- Carly on nie gryzie.
- Zamknij się Daisy. Przyprowadzasz mi do domu przystojnego faceta, a ja mam złamane serce i chce się zemścić. Obmyśliłam właśnie ciekawy plan. - powiedziała po czym na jej twarzy pojawił się diabelski uśmiech.
(jakiś czas później dalej z mojej perspektywy)
- Daisy?  - zapytał niepewni Harry wchodząc do pokoju.
- Nie. Ciasteczkowy potwór. - odpowiedziałam po czym wpakowałam sobie do buzi następną chrupkę.
- Długo tu tak leżysz i wpatrujesz się w sufit? - zadał kolejne pytanie podchodząc niepewnie do łóżka.
- Wystarczająco?
- Kochanie… - zamruczał kładąc się koło mnie i obejmując mnie lekko.
- Wszystko się zrąbało. - marudziłam przykładając poduszkę do twarzy. - Dzwoniłam do Elen i się do mnie nie odzywa, Louis wziął ślub, ty jesteś zazdrosny o Pierre’a, Liam od kilku godzin siedzi zamknięty w piwnicy i boi się wyjść bo na niego nakrzyczałeś, Carly chce udawać, że kręci z Pierre’em żeby wzbudzić zazdrość Liama, a Julia i Niall oświadczyli, że jadą sobie na wakacje! A co ja mam robić?! Umrę.
  Wiem, że dramatyzuje, ale lubię dramatyzować.
- Wszystko będzie okey. Zobaczysz. Zawsze jest. Pamiętaj, że zawsze kiedy ty robisz coś absolutnie głupiego to to zawsze się jakoś rozwiązuje. - zapewniał. Zdjęłam poduszkę z twarzy.
- To mnie kurde pocieszyłeś. - prychnęłam.
- Do usług. - mruknął rozbawiony.
  Chwilę leżeliśmy bez ruchu po prostu się w siebie wpatrując. Wiem, że to głupie stwierdzenie, ale lubię mojego chłopaka. Mimo tej zazdrości i wszystkich innych rzeczy.
Przewróciłam się na łóżku tak, że teraz leżałam na nim wbijając mu moje ręce w żebra. Dodatkowo stykaliśmy się nosami.
- Hazz…
- Hmm? - mruknął jawnie zadowolony z naszej aktualnej pozycji.
- Ale my nie zerwiemy, prawda? Nic się z nami nie stanie? Wiem, że jestem wkurzająca i irytująca, i często nie miła, i…
- Nie. - powiedział stanowczo.
- Co ,,nie”? - zapytałam.
- Nie zerwiemy. Będę o ciebie walczył choćbym musiał położyć kogoś na łopatki.
  Nie mogłam powstrzymać uśmiechu.
- Kocham cię Styles.
  Och matko. Takie słowa do facetów zawsze przychodziły mi z ogromnym trudem.
  Harry miał teraz na twarzy banan od ucha do ucha.
- Ja ciebie też Crimson. Ja ciebie też. - odpowiedział, a potem zaczął nucić - You and I We don’t wanna be like them We can make it ‘till the end nothing can come between You and I…
  I w tamtym momencie mnie pocałował. Po hazzowemu. Lubiłam być całowana po hazzowemu. Poprawiłam się na nim i przez pocałunek zaczęłam mu wbijać mój palec wskazujący w policzek bo cały czas się uśmiechał.
- Masz ADHD co? - zaśmiał się.
- Może. - też się zaśmiałam i kontynuowaliśmy pocałunek kiedy nagle…
- JESTEM! - wrzasnął ktoś kto wleciał do mojego pokoju prawie nie wyrywając drzwi z zawiasów.
  W tym momencie odskoczyłam od Harry’ego jak oparzona i spadłam na podłogę. Och mój biedny tyłek.
- Zły moment? To ja wrócę później! - cały czas krzyczał Louis i chciał już się jak najszybciej ewakuować z pokoju kiedy ocknęłam się i wydarła:
- LOUIS WILLIAM TOMLINSON! ZOSTAŃ TUTAJ!
  Podniosłam się na równe nogi i już zaczęłam zabijać wzrokiem tego palanta.
- Gdzie twoja żona? - zapytałam próbując chociaż na chwilę pohamować złość.
- Hej. Jestem Ellie. - powiedziała sympatycznie wyglądająca blondynka wychylając się zza Lou. Była bardzo ładna. I wydawała się sympatyczna. Czy to, że już zrobiła na mnie dobre wrażenie jest zdradą Elen?
- Hej. Ja jestem Daisy, a to jest Harry. - wskazałam na mojego chłopaka dalej rozpłaszczonego na łóżku z rumieńcem na twarzy - Zamierzam teraz wyżyć sie na Lou co może chwilę potrwać więc siadaj sobie. - powiedziałam do niej wskazując jej miejsce na brzegu łóżka.
  Blondynka grzecznie poczłapała do mojego łóżka i usiadła na nim niepewnie. W tym czasie ja znów skupiłam swoją uwagę na Tomlinsona skulonego gdzieś w drugim kącie pokoju.
- Możesz krzyczeć i mnie zwyzywać, ale proszę... nie bij. - zapiszczał. Pff faceci.
- CO TY SOBIE DO CHOLERY MYSLAŁEŚ CO?! ŻE JAK ELEN CIĘ ZOSTAWIŁA TO MOŻESZ SIĘ ŻENIĆ W VEGAS Z PIERWSZĄ LEPSZĄ ŁADN I SYMPATYCZNĄ KASJERKĄ?! NIEDOCZEKANIE! CZASEM TO SIĘ ZASTANAWIAM GDZIE TY ZGUBIŁEŚ SWÓJ MÓZG! MAM W DUPIE TO, ŻE EL NIGDY NIE WYBACZY CI ŻADNEJ Z RZECZY KTÓRE ZROBIŁEŚ! PIEPSZYĆ TO! ALE NOTA BENE TEŻ JESTEŚ MOIM PRZYJACIELEM?! TAK? TAK. MYŚLISZ, ŻE SIĘ O CIEBIE NIE MARTWIĘ?! CO TERAZ Z TWOJĄ RYPANA KARIERĄ?! MYŚLISZ, ŻE CAŁY ŚWIAT BĘDZIE SZCZĘŚLIWY, ŻE ICH IDOL JEST IDIOTĄ, KTÓRY NAJPIERW ROBI, A POTEM MYŚLI?! JA NIE BYŁABYM SZCZĘŚLIWA! DRUGA SPRAWA TO TO, ŻE PRZEZ CIEBIE TUCH UMAWIA SIĘ Z JAKIMŚ HIPISEM I CO NAJWAŻNIEJSZE NIE ODZYWA SIĘ DO MNIE! ONA ZAWSZE SIĘ DO MNIE ODZYWA! NIENAWIDZĘ BYĆ IGNOROWANA! MASZ TO WSZYSTKO NAPRAWIĆ! JAK NAJSZYBCIEJ!!! - mój ostatni krzyk przypominał bardziej histeryczny jazgot, który wydawałam tylko w alarmowych sytuacjach. Będąc szczerą trochę bolało mnie gardło, które z pewnością sobie zdarłam. Nienawidzę życia.
  W pewnej chwili zorientowałam się, że ktoś mnie przytula. I to nie byle kto tylko Ellie. A mi to absolutnie nie przeszkadzało. Tego właśnie potrzebowałam. Żeby ktoś mnie przytulił. Ja tez ją objęłam i schowałam głowę w jej ramieniu. To był jeden z tych uścisków, które można zaliczyć do tych kojących nerwy. Muszę tez powiedzieć, że zaczęłam się powoli uspokajać.
- Cokolwiek się nie dzieje wszystko będzie dobrze. - powiedziała blondynka pocieszającym głosem i wtedy już wiedziałam, że ona wie, że nie chodzi mi tylko o Lou. Ale dzięki jej słowom naprawdę zaczęłam wierzyć, że może być dobrze. Właśnie w tym momencie zrozumiałam dlaczego Tomlinsona pociągnęło właśnie do niej.
- To dziwny widok. Moja zdenerwowana przyjaciółka stojąca w objęciach mojej żony. Czy mogę wam zrobić zdjęcie? - ten uroczy moment jak zwykle musiał przerwać Louis.
  Kiedy już ja i Ellie się od siebie oderwałyśmy uśmiechnęłam się do niej i powiedziałam bezgłośne ,,dziękuję", a ona tylko pokiwała głową ze zrozumieniem.
- Jeszcze z tobą nie skończyłam. - syknęłam mrużąc oczy utkwione w niebieskookim palancie.
Drzwi od mojego pokoju po raz drugi tego dnia gwałtownie się otworzyły.
- Uratuj mnie. - wyjęczał zdyszany, zgięty na pół Pierre podtrzymujący się framugi drzwi.
(kilka godzin później)
- W co ja się wpakowałem?
- W gówno. - odpowiedziałam Francuzowi opartemu o moje ramię po czym znów pociągnęłam moją herbatę ze słomki.
- Co ja teraz zrobię? - zapiszczał znów.
- Gówno.
- Jeszcze nigdy nie miałem w życiu takiej sytuacji!
- Jeszcze nigdy nie wpakowałeś się w gówno? - zapytałam zdziwiona.
- Czy możesz przestać? To poważna sprawa! - zajęczał.
- No przecież wiem. Ale kiedy dzieje się coś złego dobrze jest się odstresować, a słowo gówno brzmi bardzo dobrze po angielsku.
  Dla ścisłości ja, Pierre, Harry, Louis i Ellie siedzieliśmy właśnie w McDonaldzie ciesząc się niezdrowym jedzeniem, a w moim przypadku herbatą w fajnym kubeczku ze słomką.
- Umrę... - marudził dalej Lavelle.
- Pierre... - zaczęłam. 
- Tak? - zapytał z nadzieją, że wymyśliłam plan jak wyjąć go z gówna.
- ...ciesz się swoim Happy Meal'em. - dokończyłam. W tym momencie chłopak zdjął swój łeb z mojego ramienia i walnął głową o stół.
- Czemu on dostał Happy Meal, a ja nie? - spytał z pretensją Tomlinson patrząc na mnie wzrokiem rozpieszczonego 5 latka.
- Bo ma ciężkie chwile. - powiedział Harry jawnie zadowolony z tego, że jego wróg ma kłopoty. Styles nie taki miły na jakiego wygląda.
- A ja mam... żonę! I nie dostałem Happy Meal'a! - dalej drążył Louis.
- Chcesz Happy Meal'a? - spytała rozdrażniona marudzeniem swojego... partnera Ellie.
- Tak kochanie. To to o czym marzę od kiedy tu wszedłem. - zaświergotał Lou.
- To idź i sobie kup. - wymamrotała wciskając mu w rękę swój portfel z Hello Kitty, kiedy uradowany Tommo ruszył po swój Happy Meal blondynka przeniosła swój wzrok na mnie - Daisy czy ty w ogóle coś jesz? - zapytała zmartwiona.
- Jedzenie jest dla słabych. - odparłam i znów pociągnęłam z mojej słomki. Ellie zawsze się martwiła. I była absolutnie urocza, ale nie we wkurzającym tego słowa znaczeniu. Jak miałam jej do cholery nie lubić skoro już ją polubiłam? Świat jest skomplikowany.
- Nawet mój Hamburger mnie nie cieszy. - zawył znów Pierre.
- Pierre słoneczko ty moje kochane... - zironizowałam - To po chuja pana się zgadzałeś udawać nowego adoratora Carly skoro teraz tak ubolewasz?
  Francuz przekręcił głowę tak żeby móc na mnie spojrzeć kątem oka.
- Bo tak. - jęknął. Dobra nie chcesz to nie mów.
- Ale ja naprawdę nie rozumiem tego jej planu... Masz udawać, że podoba ci się Carly żeby Liam był zazdrosny? - zapytał Harry, który jeszcze do końca nie ogarniał.
  Cóż to było życie Pierre'a i teoretycznie nie powinno mnie obchodzić co on z nim robi, ale tak serio to mnie obchodziło. A ja uważała, że ten cały plan to beznadziejny pomysł. Absolutnie beznadziejny. I jeśli wypali to Pierre'a nie będą już nienawidzili tylko Harry i Niall, ale jeszcze Liam. A jeśli troje moich przyjaciół będzie próbowało zniszczyć Pierre'a załamie się psychicznie i wykupię wszystkie pudełka lodów czekoladowych z Lidla, utyje, znów się załamie, wrócę do Polski i zamieszkam z mamą. Nie chce pracować w tym sklepu na rogu gdzie panie zajewaniają nawet w święta.
  Musze jednak przyznać, że męczy mnie to dlaczego Lavelle się zgodził. To dziwne, przecież on nie należy do tych ludzi, którzy robią coś dla kogoś tylko z dobrego serca, którego on w sumie raczej też nie miał. Czasem muszę sobie przypominać dlaczego go lubię.
- Siedziałem tam kilka godzin i słuchałem jak ta fioletowowłosa kobieta opowiada mi o tym co lubi, co lubi robić, jak JA mam się zachowywać, co mam zrobić żeby wzbudzić w jej chłopaku zazdrość i co zrobimy żeby Liamowi pękła żyłka. Ja jestem lekarzem... pęknięte żyłki to często bardzo poważne przypadki!
- Gówno. - powtórzyłam nie wiem, który raz w tym dniu.
- Ellie wyglądasz na dobra kobietę. - mruknął Pierre podnosząc się i wbijając wzrok w przerażona blondynkę - Pomóż mi przekonać Daisy żeby nam pomogła.
  Co za nieuczciwy cham!
- To nie fair! - oburzyłam się. 
- Ellie. - Lavelle znów spojrzał na nią tymi swoimi ślicznymi brązowymi oczami od których kobietą miękły nogi. A niech cię Pierre! Teraz Ellie wbiła we mnie swoje sarnie oczy. Czy ta kobieta naprawdę nie umie odmówić ludziom proszącym o pomoc?!
- Nie. - powiedziałam stanowczo próbując na nią nie patrzeć.
- Proszę. - błagał Pierre.
- On poprosił... - pisnęła Ellie świdrując mnie wzrokiem.
- Ja... - nie zdążyłam dokończyć bo do McDonalda wpadł właśnie zdyszany i zdenerwowany Zayn.    Wszyscy skierowaliśmy cała naszą uwagę na niego.Co on tutaj robi o 2 w nocy?
  Mulat podszedł do lady i stał tam dość długo, po czym z furą jedzenia podszedł do naszego stolika, rzucił na niego tackę, a sam rozwalił się na jednym z foteli i zaczął bezmyslnie mielić BicMac'a.
- Zayn? - spytałam niepewnie.
- Hmm? - mruknął dalej pogrążony we własnych rozmyśleniach.
- Co ty tutaj robisz?
- Wylewam smutki w śmieciowym żarciu?
- A dlaczego? - zadałam kolejne pytanie. Czułam sie jak stąpająca po polu minowym żyrafa od kiedy Zayn pokazał mi jak głośno umie krzyczeć przed wyjazdem po Emmę.
- A dlaczego nie?
- Zayn...
- Dobra. - powiedział nagle odkładając bułę na tackę - Chcesz wiedzieć? - zapytał patrząc na mnie, a ja niepewnie kiwnęłam głową i znów żeby się trochę odstresować napiłam się herbaty - Oświadczyłem sie Emmie, a ona powiedziała nie. - wysyczał i znów opadł na krzesło.
Wyplułam zawartość moich ust na spodnie Pierre'.
- TO SA CHYBA JAKIEŚ ŻARTY! - wydarłam się histerycznie.




*****



Przepraszam. Nawet nie wiecie jak bardzo. Nie zasługuje na was. I wiem, że miałam zrobic LA, ale jakos tak no wiecie są wakacje chciałam to szybko dodać, a teraz nie mam za bardzo czasu. Przepraszam jeszcze raz, że tak długo i jeszcze nic konkretnego, ale kompletnie nie mam weny. Mam nadzieje, że choc trochę wam się podoba. Całuję misie ♥ (możecie mnie znaleźć na asku i twitterze jesli ktos ma jakieś pytania)




Proszę o komy!